Daj mi cukierka, a wyznam ci grzechy

Sakrament spowiedzi jest jednym ze szczególnych spotkań człowieka z Bogiem i samym sobą. To jest spotkanie, które wymaga odrobinę pokory, samokrytyki, przyznania się do grzechów. W trakcie tego spotkania dochodzi do nawiązania bezpośredniego kontaktu z niebiosami, ale także z ludzką niedoskonałością i słabościami, brakiem miłości i nieumiejętnością przebaczania. Spowiedź jest szczególną daną nam łaską i choć wszystkich księży obowiązuje tajemnica spowiedzi, nawet za cenę ich własnego życia, niektóre spowiedzi zapadają w pamięć na całe życie. Niektóre pamięta się z powodu spotkania z kimś twarzą w twarz; inne dlatego, że skłoniły do rozważania własnego stosunku do sakramentu spowiedzi, jeszcze inne zachęcają do obowiązkowej codziennej modlitwy za tych, których Bóg posłał albo dopiero przyśle do mnie na spowiedź, a jeszcze inne, ponieważ są nie do zapomnienia.

Jedna z takich spowiedzi miała miejsce w czasie 6 pielgrzymki osób z niepełnosprawnością w Medziugorju. To był szczególny czas łaski nie tylko dla pielgrzymów z różnym stopniem niepełnosprawności, z trudnościami w rozwoju, ale także dla samej parafii i sanktuarium. Każdy dał coś od siebie. Niektórzy dawali z tego, co było im zbędne, podczas gdy inni dawali tę najlepszą część. W zamian wszyscy otrzymali deszcz Bożej miłości i błogosławieństw. W tych dniach miałem okazję spowiadać w jednym z licznych konfesjonałów. Kolejki były jak zwykle długie. Ludzie byli cierpliwi, choć czekali godzinę, dwie albo jeszcze dłużej. Wiem, że mnie samego czekanie czasami męczy, wywołuje nerwowość i zachęca do komentowania tego, że osoby z drugiej strony konfesjonału nie wykonują swojej pracy, ale przed konfesjonałami w Medziugorju to czekanie tak jakby zbawia. Niektórzy z powodu tego oczekiwania zapominają, z czego się powinni wyspowiadać, o co zapytać albo dopiero wtedy stają się świadomi, jaka łaska została im dana, podczas gdy inni przyglądają się swojemu sumieniu, czytając modlitewnik.

W niedzielę kolejki były takie jak zawsze. Ludzie stali niczym paciorki różańca, a wówczas do konfesjonału wszedł młody chłopak. Miał około 20 lat i ciężką postać upośledzenia umysłowego. Towarzyszyła mu jakaś pani, którą mocno trzymał za rękę. Później dowiedziałem się, że to była pani Anđelka. Niczym anioł stróż [anđeo po chorwacku to anioł – uwaga red.] ona była jego punktem oparcia i wsparciem, siłą i ufnością, że wszystko będzie dobrze. Przy wejściu do konfesjonału ta pani powiedziała:

– Proszę mi wybaczyć, że wchodzimy razem. On się chce wyspowiadać, ale nie chce zostać beze mnie. Trochę się boi.

– To żaden problem – odpowiedziałem – ale myślę, że damy sobie radę sami we dwóch. Proszę stanąć obok drzwi, zawołam panią gdyby była taka potrzeba.

Pani wyszła, a chłopiec usiadł na ławce. Był niespokojny, wstydził się i wyglądało na to, że próbował coś znaleźć. Miał pochyloną głowę, więc nie mogłem widzieć jego twarzy. Spytałem go:

– Jak się masz?

– Dobrze – odpowiedział błyskawicznie.

– Jak się czujesz w Medziugorju?

– O rety! Ty też wiesz, że jestem w Medziugorju?! – powiedział zdziwiony.

– Czy jest ci tutaj dobrze?

– Tak! – powiedział – Dużo pokoju. Dużo miłości.

Zrobiłem małą przerwę. Zastanawiałem się, jak on to odczuwa? W jaki sposób doświadcza tego wszystkiego? Skąd pomysł, aby w dwóch prostych zdaniach opisać swoje spotkanie z sanktuarium, z pokojem, z powodu którego miliony przyjeżdżają do Medziugorja. Może w tych zdaniach można odkryć jedną z interpretacji pierwszego błogosławieństwa ze sławnego kazania Jezusa na górze: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5,3). Bycie ubogim w duchu oznacza bycie bogatym w Boga, odczuwanie Go każdą częścią naszej istoty i w każdym miejscu, w którym się ktoś modli i szuka przebaczenia. Po chwili spytałem go:

– Czy chcesz się wyspowiadać?

– A gdzie jest pani Anđelka? – spytał, gdy zrozumiał, że jej nie ma.

– Jest po drugiej stronie drzwi. Czeka, żebyśmy skończyli naszą rozmowę – odpowiedziałem i próbowałem się dowiedzieć, z czego się chce wyspowiadać.

– Ciociu Anđelko, gdzie się ukrywasz? – chłopiec nie dawał za wygraną.

– Czy chcesz się wyspowiadać?

– Tak. Ciociu Anđelko odezwij się!

– Z czego chcesz się wyspowiadać? Czy masz jakieś grzechy albo czy jest coś, co ciocia Anđelka doradzała ci, że powinieneś powiedzieć – spytałem. On automatycznie odpowiedział:

– Daj mi cukierka, a wyznam ci grzechy.

Zaniemówiłem. Szukałem w kieszeniach habitu, czy mam jakiegoś cukierka, ale go nie znalazłem. Było mi przykro. Sam sobie robiłem wyrzuty, dlaczego akurat dzisiaj nic nie mam, a wówczas on z ciekawością zapytał:

– Gdzie jest cukierek?

– Nie mam – odparłem zawstydzony.

– No to nie ma grzechów – szybko odpowiedział, wstał i wyszedł z konfesjonału.

Przed drzwiami czekała pani Anđelka i przepraszała mnie, ponieważ nie miała okazji przed jego wejściem do konfesjonału wytłumaczyć mi, o co chodzi. Przed wyjściem z pensjonatu umówili się, że jeżeli będzie grzeczny i wyspowiada się, to w nagrodę dostanie cukierka. Tak się umówili, a miała to być zachęta, żeby się wyspowiadał. Cały poranek był niespokojny. Dzień wcześniej umówili się, że przystąpi do spowiedzi, ponieważ sam tego pragnął. Pani go spytała, czy da radę to zrobić, na co jej odpowiedział: „Ja tego pragnę. Potrzebuję tylko pokoju. Pokoju i siły”. Z jego zachowania można było wyczytać, że jest bardzo przejęty, a to wzmagało jego niepewność, chodził w kółko i ciągle zadawał pytania. Pani Anđelka wspomniała, że chłopiec bardzo lubi jeść cukierki, których raczej mu nie dają, ponieważ cukier tylko zwiększa jego nadpobudliwość. Gdy słuchałem tego wytłumaczenia ponownie włączył się do rozmowy chłopiec:

– Ciociu Anđelko, dasz mi cukierka?

Ona dała mu karmelek. Błyskawicznie wyjął go z papierka i szybko połknął, a potem powiedział:

– Teraz mogą być grzechy.

Wróciliśmy do konfesjonału. Przeżegnaliśmy się i chłopiec zaczął powoli mówić. Jego oczy błyszczały, a strach zniknął. Nie wiem, ile trwała spowiedź, ale to było tak, jakby udało mi się dotknąć wieczności. Chłopiec po zakończeniu spowiedzi sam wyszedł z konfesjonału i mocno przytulił panią Anđelkę. To było niepowtarzalne spotkanie.

Po jego spowiedzi zastanawiałem się, co nas zdrowych ludzi, bez żadnych problemów ze zdrowiem psychicznym powstrzymuje przed tym, abyśmy przystąpili do spowiedzi? Kto powinien nam coś obiecać, żebyśmy sami sprawili, że nasza dusza będzie lżejsza? Kto nam powinien coś powiedzieć, żebyśmy rozpoznali, jakim błogosławieństwem i łaską jest spotkanie z Bogiem w sakramencie spowiedzi? Czy także my potrzebujemy jakiejś obietnicy, czyjeś ręki albo głosu, który powie: „Nie bój się. Wszystko będzie dobrze”. Czy boimy się sami siebie, naszego skalanego wizerunku, czy tylko jesteśmy trochę niepewni, jak ten chłopiec?

Może nam też ktoś powinien obiecać cukierka, przekonać nas, że po goryczy grzechu poczujemy słodycz przebaczenia. Może dlatego uciekamy od spowiedzi i przekładamy ją w nieskończoność. Może myślimy, że Bóg ukarze nas za nasze grzechy, że nam nie przebaczy, ponieważ sami z trudem przebaczamy. Czy potrzebujemy jakiś nowych katechez o tym, czym jest spowiedź? Może zapomnieliśmy, że jest to spotkanie człowieka z samym sobą, sakramentalna rozmowa z księdzem i pełen łaski Boży dar przebaczenia.

Oby Bóg sprawił, abyśmy za każdym razem rozpoznawali, jaką łaską i pokojem jest modlitwa księdza, który przebacza nam grzechy, gdy je wyznamy; jaka słodycz pokoju wypełnia duszę i przywraca wiarę w samych siebie, niczym cukierek od cioci Anđelki. Jak pięknie jest wrócić w objęcia Ojca bez względu na to, jak bardzo od Niego uciekaliśmy.

o. Zvonko Benković OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 13)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry