Ile tylko razy  orędzia się powtarzają, zawsze są wymagające

[wywiad pochodzi z 2007 roku – uwaga redakcji]

Ojciec Ivan Landeka przez dwanaście lat pełnił służbę w parafii Medziugorje, najpierw jako wikariusz, a następnie jako proboszcz. Jego służba w tej parafii obejmuje ciekawy okres – najpierw lata silnego wzrostu liczby pielgrzymów, potem wojnę i okres powojenny, kiedy pielgrzymi zaczęli na nowo tutaj przyjeżdżać. Uznaliśmy, że będzie ciekawie porozmawiać z nim o jego doświadczeniach teraz, kiedy już nie pracuje w naszej parafii. Przyjeżdża tu jednak, żeby pomagać, gdy tylko pozwalają mu na to obowiązki.

Ojcze Ivanie, kiedyś na początku objawień Matki Bożej w Medziugorju przygotowywał się Ojciec do odprawienia swojej Mszy prymicyjnej. Czy pamięta Ojciec pierwsze informacje o objawieniach i to, jak na nie zareagował?

Na pierwsze informacje o objawieniach Matki Bożej natrafiłem w niemieckiej gazecie. W tym czasie studiowałem w Augsburgu, w Niemczech. To była krótka informacja opublikowana w gazecie, której z powodu jej nastawienia na sensację, nie za bardzo wierzyłem. Przeczytałem to, już prawie o tym zapomniałem, gdy usłyszałem coś na ten temat w rozmowie telefonicznej z moimi bliskimi. Miałem przed sobą ostatnie egzaminy, święcenia kapłańskie, prymicję, więc specjalnie nie przejąłem się tą informacją. Nawet wśród nas studentów nie było rozmów o wiadomościach dotyczących objawień. Kwestia objawień Matki Bożej ożyła, kiedy przyjechali rodzice i rodziny nas trzech nowo wyświęconych księży. To było na początku sierpnia 1981 roku. Oni szczegółowo opowiadali nam o wydarzeniach i cudownych uzdrowieniach, znakach na słońcu i reakcji służb państwowych. Wszystko to wydawało mi się dość obce i niewiarygodne. Ale żar i zachwyt, z jakimi mówili o tym wszystkim i jakby bojaźń, jednak zrobiły na mnie wrażenie. Wydawało mi się, że bardzo się cieszą z przybycia Matki Bożej i z tego, że ktoś bez organizowania buntu przestraszył rządzących.

Kiedy po raz pierwszy przyjechał Ojciec do Medziugorja i jakie były Ojca wrażenia?

Parafię Medziugorje znałem słabo. Jako ministrant jeden raz byłem w Medziugorju. To mogło być w 1965 roku albo później. Jak przez mgłę pamiętam, że budowano kościół. Potem byłem tam na jednej albo dwóch Mszach prymicyjnych.

Pod koniec sierpnia 1981 roku przyjechałem z kilkoma osobami do Medziugorja tuż przed początkiem wieczornej Mszy świętej. Ojciec Jozo Zovko miał przyjechać do Niemiec na moją Mszę prymicyjną, ale na krótko przed planowaną podróżą został uwięziony. Gazety o wszystkim dużo pisały. Chciałem tego wieczoru nie mieć żadnych obowiązków, by móc sam bezpośrednio zobaczyć wydarzenia, o których tyle się mówi i pisze, oraz wyrobić sobie własne zdanie na ich temat. Jednak stało się inaczej. Już przy wejściu do kancelarii parafialnej któryś z franciszkanów zauważył mnie i powiedział: „O, jeszcze jeden, który dziś wieczorem mógłby pomóc przy spowiedzi!” Szybko znaleźli mi habit, dali napisaną formułę rozgrzeszenia i zaprowadzili mnie na tyły kościoła. Tam zacząłem spowiadać. Robiłem to po raz pierwszy i to ponad trzy godziny. W taki sposób wiadomość o wydarzeniach w parafii w pewnym sensie przestała być dla mnie tylko wiadomością. Poczułem, że muszę się włączyć w bezpośrednią, spontaniczną pobożność wiernych, którzy na nowo odnaleźli Boga albo mieli wrażenie, że są na drodze do odnalezienia Boga.

Czy wtedy pomyślał Ojciec, że będzie kiedyś przez dłuższy czas pełnił posługę kapłańską w parafii Medziugorje?

Posługa kapłańska, szczególnie gdy jest się zakonnikiem, ma to do siebie, że zaprowadzi was tam, gdzie byście chcieli być, jak również tam, gdzie niekoniecznie chcielibyście być. Od siedmiu lat żyłem w klasztorze w Humacu. Wiadomo było, że prędzej czy później zostanę przeniesiony do innej parafii. Ówczesny prowincjał bardzo łagodnie i ostrożnie spytał czy chciałbym się przenieść do Medziugorja. Zgodziłem się. Lecz w tej mojej zgodzie towarzyszyły także strach i lęk. Wiedziałam, że czym innym jest przyjechać od czasu do czasu do Medziugorja spowiadać i głosić kazania, a zupełnie czymś innym jest być tam na stałe. Kiedy przyjechałem do Medziugorja, przekonałem się, że miałem rację. Podstawowe zasady pełnienia posługi duszpasterskiej wszędzie są takie same. Ale kiedy znalazłem się w nowej parafii, zobaczyłem, że za mało wiem o tych wydarzeniach i muszę je zgłębić. Musiałem lepiej zapoznać się z podejściem teologii do prywatnych objawień i orędzi, z tym, jak Kościół i teologia rozwiązywały tę kwestię wcześniej. Przez pierwsze lata najwięcej czasu poświęciłem pracy duszpasterskiej, poznawaniu parafii i parafian. W taki sposób do pewnego stopnia oszczędzono mi mnóstwa pytań, na które znałem odpowiedź lub nie. Po obowiązkowym zaadoptowaniu się w nowym miejscu zrozumiałem, że lubię pracować z parafianami i pielgrzymami. I to był dla mnie dobry początek.

Nagle miał Ojciec okazję spotykać ludzi z różnych stron świata, należących do różnych kultur. Co jest szczególnego, charakterystycznego w pracy w takim otoczeniu?

Wiadomo, że spotkanie z czymś innym i nowym wywołuje lęk. Z drugiej strony takie spotkania zawsze nas wzbogacają. W spotkaniach z pielgrzymami z innych krajów interesowało mnie, jak będą odbierać ludzi i miejsce, do którego przyjechali. Żyliśmy w takim systemie politycznym, który wiarę ogłosił wyłącznie prywatną sprawą. Istniały także określone ograniczenia, jeżeli chodzi o wolność wyznawania wiary. Spotkania z ludźmi pełniącymi różne społeczne funkcje: w policji, wojsku, polityce, gospodarce, sporcie, kulturze i nauce były bardzo interesujące.

W pierwszych latach objawień Matki Bożej wzrastała liczba ludzi znanych w naszym kraju, którzy nie wahali się mówić o swoim życiu jako o życiu wierzących. Jednak w społeczeństwie ciągle panował taki klimat, że patrzono na nich z podejrzliwością i uważano ich za dziwaków.

Interesowało mnie, jak pielgrzymi z innych krajów i kultur, w których wyznawanie wiary było niczym nie zakłócone, będą patrzeć na nasz Kościół mający całkiem inną historię. Trochę się też bałem, że będą na nas patrzeć, jak na jakieś prymitywne środowisko. Mile więc zaskoczył mnie fakt, że pielgrzymi bardzo szybko zaprzyjaźnili się z parafianami i ich rodzinami, a różnice szybko zeszły na drugi plan. Łączyła ich potrzeba Boga i doświadczenia religijnego. Stereotypy z obu stron szybko znikały. Pielgrzymi zaczęli nawet pomagać przy pracy rodzinom, u których mieszkali. Na przykład, nawlekali tytoń na druty i pomagali w innych pracach w gospodarstwie. Pielgrzymi nie przyjeżdżali po to, by uczyć nas drogi wiary, ale żeby być z nami i od nas uczyć się życia ludzi wierzących. Nie było potrzeby tworzenia niczego szczególnego. Na podstawie orędzi pokoju i nawrócenia bardzo szybko powstało to coś i trzeba się było tylko w to włączyć. Brak znajomości języka zawsze jest jakimś ograniczeniem. Lecz język modlitwy i duchowości tak czy siak jest bardziej wymowny niż inne języki.

Pielgrzymi przyjeżdżają, modlą się, stają się, możemy tak powiedzieć, członkami rodzin. Jacy wracają do swoich domów?

Większość z nich wraca do swoich domów i obowiązków umocniona. Najlepszym dowodem jest to, że coraz częściej wracają do Medziugorja i że w różny sposób pozostają związani z Medziugorjem. Dają świadectwo o swoich doświadczeniach w swoim otoczeniu. Ale – tak jak i w innych miejscach – pewna część pielgrzymów nie odnajduje w Medziugorju nowej, potrzebnej siły. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego nie spełnia ich oczekiwań. Wiem także, że niektórzy przyjeżdżali wiele razy i że dopiero później nastąpiło upragnione oświecenie.

Ojcze Ivanie, w parafii był Ojciec na początku wikariuszem.

Do parafii przyjechałem na początku sierpnia 1988 roku jako wikariusz. Zarząd prowincji zdecydował wysłać do tej parafii pięciu franciszkanów. Kiedy przyjechałem, przez pewien czas było nas trzech. Niektórzy nie mogli od razu przyjechać z powodu obowiązków w poprzednich parafiach. Ci przeniesieni z Medziugorja otrzymali nowe służby i musieli tam jechać. Trochę mnie to zaskoczyło, tym bardziej, że w sierpniu było wielu pielgrzymów. Jednak potrzebne wsparcie i pomoc otrzymaliśmy od braci z innych parafii i franciszkanów, którzy tutaj wcześniej pracowali, więc wszystko przebiegało dobrze.

W okresie od 1988 do 1991 roku liczba pielgrzymów nagle wzrosła, szczególnie tych przyjeżdżających z zagranicy. W tych latach pojawiły się także pierwsze małe grupy pielgrzymów z dawnych krajów bloku wschodniego czyli: Polski, Węgier, NRD. Pod koniec czerwca 1991 roku zaczęła się krótka wojna w Słowenii. Swoim obywatelom, których ten czas zastał w Medziugorju, rząd przez ambasadę rozkazał, aby jak najprędzej wrócili do swoich krajów. Później wybuchła wojna w Chorwacji. Blokada powietrzna, morska i lądowa uniemożliwiły pielgrzymki z zagranicy. Przyjeżdżało też coraz mniej chorwackich pielgrzymów. Wydawało się, że rozprzestrzenianie się wojny i zagrożenia wojennego wygasza ruch pielgrzymkowy. Kiedy w Bośni i Hercegowinie zaczęła się wojna, czyli w kwietniu 1992, i kiedy linia frontu przebiegała zaledwie 5 kilometrów od Medziugorja, ze względu na bezpieczeństwo musieliśmy zamknąć kościół. Msze święte odprawialiśmy w piwnicy domu parafialnego. Zachowaliśmy modlitwę na wzgórzach: w niedzielę odmawialiśmy różaniec na Górze Objawień, w piątek drogę krzyżową na Križevacu. Na początku modliły się malutkie grupy. Wkrótce liczba osób modlących się zaczęła wzrastać, więc trochę zaczęliśmy się bać o bezpieczeństwo ludzi.

Liczba pielgrzymów ponownie w znaczący sposób zaczęła rosnąć latem 1993 roku. Nie było już morskiej i powietrznej blokady Chorwacji, a linia frontu oddaliła się od parafii – dystans wynosił 30 kilometrów. Z mniejszą liczbą pielgrzymów starałem się organizować istniejący liturgiczny i modlitewny program. Od 1993 roku liczba pielgrzymów stale rosła i rośnie do dziś.

Parafia Medziugorje, kościół, Góra Objawień i Križevac… Czy można z punktu widzenia wiernych mówić o zmianach, o świecie sprzed objawień i tym po nich?

Wiadomo, że jeszcze długo będą panowały różne stanowiska co do wydarzeń, które rozpoczęły się 24 czerwca 1981 roku. Jest to całkowicie zrozumiałe. Jeżeli mowa o świecie przed medziugorskimi wydarzeniami i po nich, to trzeba o tym mówić z uwagą i spokojem. Nie wolno nam pominąć zmian społecznych na świecie i u nas, zainicjowanych dzięki objawieniom Matki Bożej. W ówczesnych państwach bloku komunistycznego kończyła się ideologiczna ateizacja społeczeństwa. Na Zachodzie dobiegał końca proces ateizacji, spowodowany przez konsumpcjonizm. W świecie islamu trwała reislamizacja społeczeństwa na skutek zmian w Iranie. Na czele Kościoła Katolickiego stanął papież Polak Jan Paweł II. W Europie mamy dłuższy okres pokoju i oddalanie się od wielkich tragedii XX wieku. Na Medziugorje należy więc patrzeć na tle wszystkich tych faktów i dostrzegać, że orędzia pokoju, modlitwy i nawrócenia „przyjęły się” szerzej na świecie.

Czas „przed i po” Medziugorju? Mówienie o czymś takim jest dla mnie przedwczesne i zbędne. Oto dlaczego. Poszczególne procesy historyczne zachodzą przez długi czas, a do ich szczytu nie dochodzi nagle, ale szybciej lub wolniej. Tak wyglądają różne procesy także w historii Kościoła. Zamiast mówienia o „przed i po” lepiej byłoby mówić o obudzeniu się uśpionej duchowości i niedocenianiu jej w życiu chrześcijan. Lecz przez ostatnie dwadzieścia lat widać, że więcej się mówi o modlitwie, poście, różnych formach pobożności. Jestem przekonany, że przyczyniła się do tego w znaczącym stopniu medziugorska duchowość. I to mogłoby być najmocniejsze przesłanie medziugorskich wydarzeń.

Często mamy okazję słyszeć albo czytać, że orędzia się powtarzają i są zbyt proste?

Orędzia są kluczowe, są ważne dla zrozumienia wydarzeń i odnalezienia się wiernych w medziugorskich wydarzeniach. Niektóre treści orędzi trzeba wyjaśniać. Lecz zasadniczo są jasne. Widzący, którzy je przekazują, nie spotykają się ze szkolnym przymusem: „słuchaj i pisz”. Widzący spisują je i przekazują jako najważniejsze fragmenty danego objawienia. Dlatego orędzia mogą być teologicznie nieprecyzyjne i zawierać niejasności. Mogą, w pewien sposób, być nawet mylące. Ponieważ przekazują je ludzie, na których jasność wypowiedzi ma wpływ ich samopoczucie, stan ducha, wiedza i zasłyszane wiadomości. Dzięki Bogu, orędzia są proste i zrozumiałe i właśnie to stanowi o ich wartości. Nie ma w nich wielkich słów, chodzi tylko o to, by ich treść była zrozumiała i przejrzysta. Nie jest ważne to, żeby pięknie mówić, ale żeby zrozumieć, co chciano nam powiedzieć. Orędzia nie są jakąś słodką lekturą. Są twarde i wymagające, niezależnie od tego, ile razy się powtórzą. Dotykają wiernych. Nie mają ich bawić, ale niejako „zmuszać” do tego, by jako wierzący coś zmienili w swoim życiu. Ewangelizują, tak jak Pismo Święte, które zawsze jest dla nas drogowskazem. Nie sposób zapomnieć o jednym z nich. Chodzi o orędzie z 20 września 1985 roku: „Nie potrzebujecie wypowiadać słów. Potrzeba wam, drogie dzieci, żyć i dawać świadectwo swoim życiem”.

Co jest istotą orędzi z Medziugorja?

Medziugorskie wydarzenia nie są zamkniętym rozdziałem. Wszystko, tak jak do tej pory, będzie pod uważną obserwacją. O poszczególnych sprawach będzie można powiedzieć, że nie są korzystne, że trzeba było je inaczej przedstawić albo że ich znaczenie niepotrzebnie się podkreśla. Przypomnijmy sobie pierwsze lata, kiedy wiele trzeba było oczyścić. No i woda stała się przejrzysta, ponieważ liczne opowieści zostały sprowadzone do istoty rzeczy. I te ważne sprawy: modlitwa, post, pojednanie, sakramenty, nawrócenie znalazły się na pierwszym miejscu. Takie „oczyszczenie” będzie na różnych poziomach konieczne także w przyszłości. Jeśli nie będzie do niego dochodziło, sprawy i wydarzenia mogą szybko i w niezauważalny sposób wymknąć się spod kontroli.

Dzisiaj parafia Medziugorje także z zewnątrz wygląda inaczej…

Sama miejscowość w porównaniu do 1981 roku przeżyła naturalny rozwój. Przyjazd i pobyt większej liczby ludzi rodzi potrzebę rozwoju działalności usługowej. Rozwinęła się, choć nie zawsze w korzystnej i odpowiedniej formie. Wokół kościoła zostały stworzone warunki do liturgii i modlitwy. Urządzono miejsca, które umożliwiają indywidualne skupienie i modlitwę oraz zaspokajają potrzeby duchowe mniejszych grup. Franciszkanie, którzy mieszkają i pracują w parafii, mają odpowiednie zakwaterowanie. Góra Objawień i Križevac jeszcze ciągle są dobrze chronione przed komercją. Jest zrozumiałe, że także parafia nie jest już taka, jaka była wcześniej: liczba parafian się podwoiła. Parafię zamieszkują także ludzie z zagranicy. Duża liczba rodzin, które się stąd wyprowadziły, powróciła. Przyjechali także ludzie z bliższej i dalszej okolicy. Wszystko się zmienia na lepsze i na gorsze.

Po wielu latach, które spędziłem w parafii Medziugorje, i teraz patrząc na to z perspektywy czasu, uważam, że bez poważnej wiary i praktyki wiernych przyszłość Sanktuarium jest zagrożona albo znacznie ograniczona. „Chrześcijanin może pełnić misję albo zniechęcać do niej” [tłumaczenie z języka chorwackiego] – mówiła Madeleine Delbrêl.

Trzeciej możliwości nie ma. To dotyczy parafian, widzących i księży, którzy pracują w parafii oraz nas, którzy przyjeżdżamy pomagać. Poprzez powagę praktyki religijnej dodajemy odwagi pielgrzymom, którzy są na drodze do Boga. Bez tego będziemy ich tylko dezorientować i dawać powody do krytyki tym, którzy zarzucają coś Medziugorju albo wprost go kwestionują. Musimy mieć ten fakt zawsze na uwadze.

Przydałoby się więcej rozwagi, jeśli chodzi o ziemię i dysponowanie ziemią. Kilkakrotnie publicznie zza ołtarza ostrzegałem, że ziemię w przeszłości sprzedawało się tylko w dwóch przypadkach: kiedy potrzebowano środków na leczenie członka rodziny albo na edukację dzieci. Wiem, że niektórzy niechętnie tego słuchają. Lecz mam już swoje lata i jestem kategorycznie przeciwko nierozsądnemu wyprzedawaniu ziemi.

Instytucje państwowe, przede wszystkim lokalne, długo się wahały. Uważam, że powinny w sposób bardziej widoczny wykorzystywać swoją władzę i zwierzchnictwo. Zarówno oni, jak i my wszyscy nie możemy się uczyć na cudzych błędach.

O pielgrzymach. Nie możemy ich wybierać. Przyjeżdżają tacy, jacy są i mają swoje oczekiwania. Nie możemy tego zmienić. Byłoby wskazane, żeby koncentrowali się na sprawach najważniejszych dla wiernych i pielgrzymów. Tę odpowiedzialność muszą na siebie wziąć organizatorzy pielgrzymek i przewodnicy grup pielgrzymkowych. Pielgrzymi nie powinni koncentrować się na szczegółach, żeby nie umknęła im całość. Nie należy rozbudzać ich ciekawości, żeby nie stwarzać wrażenia, że niektórzy widzący czy franciszkanie są uprzywilejowani.

Krešimir Šego

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 11)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry