Jak Maryja

Czy kiedykolwiek zadałaś sobie pytanie, co to znaczy kochać jak Maryja? Jaka była ta Jej ziemska droga i co w Jej życiu znaczyła miłość? Czy masz siłę wstąpić do szkoły Maryi i całkowicie oddać się Bogu w posłuszeństwie i służebności? Czy jesteś gotowa kochać do końca, tak jak Najświętsza Maryja Panna kochała swojego Syna, posłuszna woli Boga? Czy znajdziesz siłę: słuchać słów, które ci nie odpowiadają, wybaczać także wtedy, kiedy inni cię nie rozumieją, pocieszać, kiedy serce rozrywa rozpacz, wytrwać, kiedy kości są już od dawna pokonane przez ból, całować rany, które nie zarastają i codziennie, niczym Maryja, powtarzać pierwotne wyznanie: „Niech mi się stanie według słowa Twego.“

URODZIŁAM SIĘ W TRADYCYJNEJ CHRZEŚCIJAŃSKIEJ RODZINIE JAKO CZWARTE Z SIÓDEMKI DZIECI.

W naszej dziewięcioosobowej rodzinie nigdy nie było nudno. W domu często było jak w ulu. Ojciec był bardzo pracowity i każdego dnia przynosił chleb i to wszystko, co było nam potrzebne do życia. Pracował od świtu do zmroku i nigdy się nie skarżył, że jest mu ciężko. Jego miłość wzrastała, kiedy patrzył jak z dzieci stawaliśmy się dorosłymi ludźmi. Kiedy otrzymywał miesięczną wypłatę, pieniądze oddawał matce, bo to ona była najsprawniejszą ekonomistką, jaką znałam. Zawsze wszystkiego mieliśmy pod dostatkiem, chociaż nigdy za dużo. Od małego uczono nas wdzięczności za wszystko, co mamy i czego nie mamy, i tego, żebyśmy nie wymagali tego, czego rodzice nam nie mogą dać i każdego dnia starali się uczynić jak najwięcej dobra. Matka radziła sobie nie tylko w kuchni, ale także przy planowaniu prac domowych i polowych. Była też najzdolniejszym pedagogiem, chociaż ukończyła tylko cztery klasy szkoły podstawowej. Umiała ukoić każdy nasz niepokój i troskę, podobnie jak dostrzegała każdy nasz sukces i poprzez małe gesty przypominała, że nic nie uszło jej uwadze.

Dorastając poznawałam żywoty poszczególnych błogosławionych i świętych, a matka mi często przypominała świętą Matkę Teresę z Kalkuty. Ona o swojej matce mawiała, że była „sercem ich rodziny“, która wyprosiła dla niej powołanie. Jednocześnie była i „żywą miłością rodziny“, gdyż każdego dnia modliła się razem z nimi i uczyła ich jak się modlić. Nasza mama tak ją przypominała, jakby była jakąś jej krewną.

NOWA PIEŚŃ

Nie zdążyliśmy nawet dorosnąć, a już przyszła wojna. Jako że u nas było dużo dzieci, starsi bracia razem z ojcem poszli na front. Niemal całą wojnę spędziliśmy w domu. Były to dziwne dni, ale dla mnie osobiście bardzo cenne. Pomimo strachu i niepewności, życie toczyło się dalej.

Przez całą tę niepewność i cierpienia jeszcze bardziej zbliżyliśmy się do wiary i modlitwy.

Nie mieliśmy zbytnio możliwości wyboru wydarzeń, w których moglibyśmy uczestniczyć, a głównym wyjściem była dla nas niedzielna Msza święta. U tym okresie w naszej parafii był młody ojciec, któremu udało się namówić gwardiana, i przed końcem wojny w środy wieczorem rozpoczęły się lekcje religii dla młodzieży. Widział, jak były nam potrzebne jakieś spotkania, a najwyraźniej miał takie zaufanie do Boga, że wierzył, iż nikomu z nas nic się nie stanie w drodze z domu do kościoła i z powrotem. Te spotkania były dla nas wszystkim. Dla nich żyliśmy. Byliśmy gotowi wszystko znieść, ale z tych spotkań za nic nie rezygnowaliśmy. Jako że nasza wioska była oddalona od kościoła parafialnego o jakieś sześć kilometrów, a nas w grupie było dziesięć osób, często chodziliśmy pieszo.

W pewną środę na wykładzie pojawiła się nowa siostra zakonna, której zadaniem było uczyć nas śpiewu. Wpadła do nas jak grom z jasnego nieba. Wielu z nas do tej pory nigdy jej nie widziało, więc wszystko było dla nas dziwne. No, bo siostra zakonna, w dodatku z Chorwacji, umiała śpiewać i do tego jeszcze znała jakieś pieśni, o których nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Na pierwszym spotkaniu nauczyła nas pieśni Jak Maryja, a jej wersy zapamiętywaliśmy tak, że każdy z nas nauczył się po dwa z nich. Ja musiałam zapamiętać wersy: „Jak Maryja chcę Ci służyć, by Ci oddać życie całe“. Na drodze do domu śpiewaliśmy ją dziesiątki razy. Później śpiewaliśmy ją podczas naszych spotkań, podróży i pielgrzymek do Medziugorja.

Na religii dla młodzieży, która dała początek FRAMIE, poznałam także swojego męża. Po ukończeniu szkoły średniej pobraliśmy się. Na ślubie członkowie FRAMY prócz innych pieśni śpiewali także Jak Maryja.

KOCHAĆ JAK MARYJA

Dwadzieścia lat później zaczęłam sobie zadawać pytanie, jak bym przeżyła wszystko, co mnie w życiu spotkało, gdyby przez to życie nie prowadziła mnie modlitwa i wstawiennictwo Maryi. Bóg podarował mi dobrego męża, z którym mam trójkę dzieci. Niczego nam nie brakowało, jakby całe życie prowadziła nas jakaś szczególna łaska i błogosławieństwo.

W chwilach samotności i zadawania sobie pytań cicho śpiewałam wersy: „Jak Maryja chcę Cię kochać, Twoje słowo zachowuję ja, jak Maryja by Cię nosić pośród serca swego“. Zadawałam sobie pytanie, co znaczą te wersy, nawet nie przypuszczając, że to one określą całe moje życie.

Przez ostanie pięć lat razem z mężem przeżywam jego agonię. Staram się być współtowarzyszką jego cierpienia, Szymonem Cyrenejczykiem, który pomaga nosić część jego ciężaru, albo przynajmniej Weroniką, która podaje chustę na pocieszenie. Nie jestem silna, ale muszę iść dalej. Idę za nim, tak jak Maryja szła za Jezusem. Wiem, że nie mogę pomóc, ale ważne, że podążam za jego cieniem.

Są takie chwile, że już nie mogę patrzeć na cierpienie męża, a wtedy mnie zadziwia słowami: „Dziś było znacznie łatwiej, niż wczoraj“. Nie wiem, skąd pochodzi ta jego siła, bo widziałam, jak się rozpada z cierpienia po kolejnej dawce chemioterapii.

Muszę przyznać, że zmęczyło mnie to wszystko. Już dawno bym zrezygnowała, ale nie mogę. Jestem zmęczona bezradnością, ale Bóg mi codziennie daje dość łaski, że wytrzymuję do końca dnia. Boję się, czy nie przeoczę czegoś ważnego, bo każdy dzień może być tym ostatnim. Do tego jeszcze boli mnie, że się ukrywałam, kiedy było mi ciężko, kiedy łzy pokonywały wszystkie moje tamy, gdyż starałam się być silna przed naszymi dziećmi. Zapomniałam, że one wszystko widzą, a zwłaszcza widzą to, co próbujemy przed nimi ukryć, albo przemilczeć. Nasz średni syn niedawno powiedział: „Mamo, twoje łzy dają nam nadzieję. W nich widać, jak kochasz naszego ojca, jak wasze małżeństwo z każdym dniem staje się mocniejsze, chociaż pokusy są wielkie. W twoich łzach widzimy, że jeszcze jesteś człowiekiem, że kochasz także wtedy, kiedy jest to niemożliwe, że wierzysz w cud nowego dnia“.

DOBROĆ, KTÓRA ODKUPIA

W ostatnich miesiącach mąż zaczął się coraz więcej modlić. Czasami nas to denerwowało, gdyż dzieci chciały słyszeć coś innego. Chciały słuchać historii o naszym życiu, o tym, jak się poznaliśmy i co robiliśmy, a on nie miał sił mówić. Przez jakiś czas obwiniał lekarzy, że zniszczyli go stawiając złą diagnozę i zalecając nieodpowiednią terapię i że te wszystkie leki go uśmiercają.

Tak było aż do dwudziestej czwartej chemioterapii. Po niej wrócił zmieniony. Jakby coś się w nim przełamało. Może w międzyczasie pogodził się z ambicją, że musi żyć jeszcze trzydzieści lat, gdyż jest dopiero w połowie czwartej dekady życia. Po powrocie do domu pytał dzieci, jak było w szkole i czy im czegoś brakuje. Na to odpowiedział nasz najmłodszy syn: „Tato, a co byś powiedział na to, byśmy od dzisiaj wszyscy razem głośno modlili się za ciebie, za nas, a nie tylko cicho, w sobie?“ Na co mąż powiedział: „Tego nam przez cały ten czas brakowało“.

Choroba nas wycieńczyła na wszystkie sposoby. W małżeństwie niczego nam nie brakowało, ośmielę się stwierdzić nawet, że mieliśmy więcej, niż było nam potrzebne, ale pięć lat leczenia wyczerpało wszystkie nasze oszczędności. Oprócz walki o każdy nowy dzień musieliśmy przywyknąć do pomocy rodziny oraz przyjaciół. Do Medziugorja przyjechaliśmy dzięki ich dobroci. Przed wyjazdem nalali nam cały bak paliwa, zapłacili za noclegi w pensjonacie na wprost kościoła i dali pieniądze na drogę. Wstydziłam się brać to wszystko, ale wszyscy wiedzieli, że jest to dla nas bardziej niż potrzebne.

Na końcu nie mogliśmy nawet przypuszczać, że spotkamy cię tutaj. Słyszeliśmy, że często przyjeżdżasz do Medziugorja i że tutaj spowiadasz. Nie chcieliśmy cię męczyć swoimi troskami, chociaż wiem, że nie mieliśmy racji. I niezależnie od tego, jak bardzo byśmy się starali oszczędzić ci tej naszej agonii, Matka Boża nas połączyła na tym samym miejscu, jak przed 20 laty, kiedy po raz pierwszy po wojnie pielgrzymowaliśmy do Medziugorja razem z FRAMĄ.

W tych dniach przyjechaliśmy prosić Królową Pokoju, by nam dała siłę na ostatnim odcinku naszej podróży. Czuję, że jej koniec jest bliski. Poproszę Ją, bym nie zapomniała, jak służyć, dokładnie tak, jak jest to opisane w wersach pieśni Jak Maryja. Mam świadomość tego, że w kolejnych dniach musimy mieć Matkę, która powie Bogu, czego nam brakuje. Musimy mieć kogoś, kto nas przypilnuje. Maryja jest naszą drogą do Jezusa, bo jeśli Jej zabraknie w naszym życiu, któż nas poprowadzi do Jezusa?

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś się spotkamy, ale jak starego przyjaciela chciałabym cię poprosić, byś nas uwzględnił w swoich codziennych modlitwach, bo będzie nam potrzebne każde Zdrowaś Maryjo.

o. Zvonko Benković OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 14)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry