Kto chce być PIERWSZY?

Ewangelista Marek przytacza historię, w której do Jezusa podeszli Jan i Jakub, synowie Zebedeusza mówiąc mu: „«Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy». On ich zapytał: «Co chcecie, żebym wam uczynił?» Rzekli Mu: «Daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie»” (Mk 10, 35-37).

Odpowiedź Jezusa brzmiała następująco: „Nie wiecie, o co prosicie […]” (Mk 10,38).

Zauważmy, że reakcja Jezusa na prośbę dwóch braci nie była entuzjastyczna. Co było nie tak z ich prośbą?

Ponieważ chcieli być jak najbliżej Jezusa? Nie uważamy, żeby w tym miał leżeć ich błąd. Lecz może Jezus znając ludzkie serca, w ich pragnieniu przeczuł jakieś inne ukryte motywy? Na przykład, że pragną być obok Niego tylko po to, żeby być przed innymi? Dlaczego pytanie synów Zebedeusza było źle postawione? Czego bracia nie wiedzą?

Nie wiedzą, że ten pomysł i pragnienie idzie w zupełnie przeciwnym kierunku od tego, jaki obrał Jezus. Jezus myśli o innych, a oni myślą o sobie. Jezus pragnie służyć, a oni panować. Jezusowi zależało na dobru innych ludzi, a im tylko na sobie. Jezus jest gotowy poświęcić siebie dla innych, tak by innym było dobrze, a oni tylko po to, by im było dobrze. Podobnie nie wiedzą, że zajęci myśleniem o sobie i spełnianiem swoich marzeń zapomnieli o innych apostołach, co wywoła podziały i bardzo niezręczną atmosferę we wspólnocie. „Gdy dziesięciu [pozostałych] to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana” (Mk 10,41).

Dokonując głębszej analizy pragnienia dwóch braci napotkamy kilka motywów, które często są ukryte dla niewprawnego oka, a które mogą, ale nie muszą sprawić, że pójdziemy w złym kierunku. Oczywiście zależy, jak się na nie patrzy, jak się je traktuje.

W pierwszej kolejności, gdy znamy ludzką naturę, pragnienie braci bycia na pierwszym miejscu kryje w sobie naturalne pragnienie człowieka, by przeżyć i mieć spełnione życie, to znaczy, być kochanym, docenianym, chwalonym, dostrzeganym i uznanym przez społeczeństwo.

Lecz to pragnienie może nas sprowadzić na manowce, to znaczy, możemy wpaść w pułapkę będącą owocem przekonania, że tylko pierwsze miejsce stanowi gwarancję wielkości i szacunku, że ktoś jest wyjątkowy tylko wtedy, gdy jest na pierwszym miejscu, gdy społeczeństwo go uzna. Do pragnienia miłości i uznania czasami dołącza inne pragnienie, podobne do niego – posiadanie tego wszystkiego, ale trochę bardziej niż inni ludzie.

W pragnieniu zajmowania pierwszego miejsca napotykamy także na naturalną ludzką potrzebę odnalezienia tożsamości, co jednak może nas oszukać: jeśli ktoś myli tożsamość ze sprawowaną funkcją albo tytułem, który uzyskał. Ktoś bowiem może uważać, że odnalazł odpowiedź na pytanie, kim jest, jeśli zajmuje wysoką pozycję w polityce, rządzie, w przedsiębiorstwie, jeśli zajął pierwsze miejsce na zawodach sportowych, otrzymał jakąś nagrodę muzyczną albo jeśli jest uznany przez społeczeństwo, ponieważ przyciąga uwagę swoim stylem życia.

Poszukiwanie pierwszego miejsca znajduje najgorszy przejaw w żądzy władzy, która objawia się pragnieniem, aby rządzić innymi, panować nad nimi, aby być przed innymi ludźmi. Tu z łatwością dochodzi do głosu pragnienie bycia pierwszym kosztem innych, poprzez pokonanie innych, znokautowanie ich (nie tylko w boksie), doprowadzenie do sytuacji szach-mat (nie tylko w szachach), wykluczenie innych z gry…

Ta żądza władzy nie dotyczy tylko ludzi zajmujących pierwsza miejsca, występujących na scenie, żyjących w świetle reflektorów, lecz także tych, którzy myślą, że znajdują się na ostatnim miejscu. Nie tylko w emisjach telewizyjnych, ale także w codziennych rozmowach i dyskusjach staramy się przekonać innych ludzi, że mamy lepsze argumenty niż oni. Staramy się wypaść na mądrzejszych od innych, za wszelką cenę mieć rację, to znaczy czynić wszystko, abyśmy udowodnili, że inni się mylą, że nasze zdanie jest najważniejsze.

Pragnienie bycia na pierwszym miejscu może być tak silne, że ludzie są gotowi sięgnąć po wszystkie możliwe środki, aby się tam znaleźć. Dlatego niektórzy mają odwagę, by stosować doping w sporcie, a inni by sprzeniewierzyć się wszystkim wyznawanym wartościom, aby zdobyć jakieś stanowisko. To jest nieczysta gra, ponieważ natychmiast pojawiają się tutaj zawiść, „rozpychanie się łokciami”, różne nieczyste zagrania, konflikty, obmawianie i tym podobne – co wnosi niepokój do wspólnoty, tak jak było w przypadku Jakuba i Jana.

Jak Jezus postrzega pierwsze miejsce? „A Jezus przywołał ich do siebie i rzekł do nich: «Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu».” (Mk 10,42-45).

Jezus nie odrzucił prośby Jakuba i Jana. Wręcz przeciwnie, wychodząc od tej prośby prowadzi potem uczniów (nie tylko Jakuba i Jana) ku przeobrażeniu ich umysłu i serca, aby pragnienie zajmowania pierwszego miejsca otrzymało nowy sens i było okazją oraz wezwaniem nie do panowania nad innymi, lecz do służenia dobru innych ludzi. A wszystko to na końcu potwierdził sam dając przykład.

Lecz teraz pojawia się trudniejsze pytanie: jak realizować słowa Jezusa? Jak nie chcieć pierwszego miejsca, a jednak je zajmować?

Warunkiem do osiągnięcia tego są wolność i miłość.

Zrozumiał to o. Slavko Barbarić, mówiąc: „Cokolwiek czynisz, nie czyń tego, aby inni cię doceniali, kochali, szanowali, by ci dziękowali, ponieważ ludzie potrafią nie doceniać, nie kochać, nie dziękować, więc będziesz rozczarowany. Wszystko, co czynisz, czyń z miłości do ludzi”.

To jest klucz!

Jezus nie ma nic przeciwko temu, żeby ludzie nas doceniali, szanowali, uznawali, aby nam dziękowali. To dobrze, kiedy doceniamy, szanujemy i uznajemy innych, ale ważne jest nie oczekiwać, aby inni nas doceniali, szanowali i uznawali. Dobrze, jeśli my dziękujemy innym, ale ważne jest, byśmy nie oczekiwali, że inni będą nam dziękować.

Niedawno po przedstawieniu w pewnym mieście podszedł do mnie człowiek i powiedział: -Czy mógłbym poprosić ojca o przysługę? -Dobrze – odpowiedziałem – O co chodzi? -Ktoś z organizatorów zagapił się i nie wymienił nazwiska pewnej kobiety. Mowa o osobie, która była bardzo zasłużona dla przedstawienia, ale jej nazwisko zostało pominięte i z tego powodu jest bardzo urażona. Chciałbym ojca poprosić, żebyśmy poszli do niej i naprawili ten błąd.- Poszedłem za nim. Gdy wyszliśmy z budynku, spotkaliśmy wspomnianą osobę. Siedziała smutna. I choć bezpośrednio nie byłem za to odpowiedzialny, przeprosiłem ją za to pominięcie. Kobieta płakała. Była urażona. Próbowałem ją pocieszyć, wyjaśniając, że organizatorzy z pewnością nie mieli zamiaru pominąć jej nazwiska, ale tak się niestety stało. Nie udało nam się jej przekonać. Kilkakrotnie ją prosiliśmy, ale nie chciała wejść do budynku, gdzie wszyscy uczestnicy spotkali się po przedstawieniu w serdecznej atmosferze.

Dlaczego ta kobieta czuła się urażona? Czy dlatego, że organizatorzy ją pominęli? Czy może mowa o czymś innym?

Wspomniana osoba nie była wolna od ludzi, od ich pochwał i szacunku. Dlatego była urażona i rozczarowana. To prawda, pominięto ją. By oddać sprawiedliwość, organizatorzy nie mieli zamiaru, ale jasne jest, że powinni ją byli wymienić, ponieważ na to zasłużyła. Gdyby ta osoba była wolna, takie pominięcie by jej nie uraziło. Gdyby ją to uraziło, wiedziałaby, że nie chodzi tylko o to, czego nie zrobili inni ludzie, ale w pierwszej kolejności o jej oczekiwanie bycia uznanym przez innych.

Drugim warunkiem, by spełnić wezwanie Jezusa do służenia innym, jest miłość. Jak spełnić ten warunek? Patrząc na Jezusa, poznając Jego miłość i otwierając na nią serce. Gdy poznamy Jezusa, odkryjemy sens i piękno służenia. Eucharystia jest szkołą miłości Jezusa. W niej realizują się Jego słowa: „Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,45). To jest miłość, która służy życiu innych ludzi, daje siebie, poświęca się dla ich dobra. W tym znajduje się największe życiowe spełnienie, uznanie i szczęście.

Gdy w służeniu swojej rodzinie jako mąż i ojciec, żona i matka – lub jako ksiądz parafianom – odkryjemy sens, będzie nam dana radość, a potem wolność od ludzi. To, co czynimy, nie będzie dla nas ciężarem ani problemem, lecz radością. Nie będzie nas interesowało, czy ktoś to zobaczy czy nie, czy wyrazi z tego powodu swoje uznanie czy nie. Powiemy: To jest zrozumiałe samo z siebie. Byliśmy zobowiązani to zrobić.

Dzięki temu nasze serca, nasz nastrój nie będą zależeć od ludzi i ich dobrej woli, aby nas zobaczyli i docenili. Jeśli kobieta jako żona i matka wychowuje dzieci i odkryje w tym sens i radość, nikt nie może być szczęśliwszy niż ona. Nie ma większej służby ani uznania, ani radości niż pomaganie w tym, by nowe życie pojawiło się na świecie, pomaganie dzieciom, by dorastały i stały się dobrymi ludźmi i chrześcijanami.

Jak ćwiczyć uwalnianie się od ludzkich pochwał i uznania?

Jezus uczy nas, by na ucztę zaprosić ułomnych, niewidomych i chromych, zatem tych, którzy niczym nie mogą nam się odwdzięczyć, tych, od których nic nie oczekujemy i którzy nie karmią naszego ego… Pomoże nam ćwiczenie czynienia dobrych uczynków, których nikt nie zobaczy, dawanie komuś darowizny, ale tak, żeby nikt o tym nie wiedział, usuwanie przeszkód z czyjejś drogi, aby nikt tego nie widział i abyśmy nikomu o tym nie opowiadali.

Mogą nam w tym bardzo pomóc święci.

Podobno Matka Teresa miała swoje ćwiczenie: zawsze sprzątała wspólną toaletę we wspólnocie. Dziennikarz z Nowego Jorku, który widział, co Matka Teresa robi i jak troszczy się o ciężko chorych, zauważył: „Nie zrobiłbym tego nawet za milion dolarów”. Matka Teresa odpowiedziała: „Ani ja”.

Św. papież Jan XXIII miał swój sposób: humor i nietraktowanie siebie zbyt poważnie. Podobno pewnego razu dopiero co wyświęcony biskup skarżył się papieżowi Janowi XXIII na prywatnej audiencji, że odpowiedzialność związana z nową służbą nie pozwala mu spać. -Och – powiedział Jan XXIII ze współczuciem w głosie – Miałem tak samo przez pierwsze tygodnie mojego pontyfikatu, ale wtedy w pokoju zobaczyłem mojego Anioła Stróża, który do mnie szepnął: Janie nie traktuj siebie tak poważnie. Od tamtej pory ponownie śpię dobrze.

Powinniśmy każdego dnia pracować nad sobą, zadawać sobie pytania i sprawdzać sami siebie, odkrywać iluzje i oszustwa naszego ego, nasze obawy… Msza święta, tak jak każda inna modlitwa, oferuje dwie możliwości. Możemy niczym faryzeusze w świątyni utwierdzać się w naszym przekonaniu i opowiadać sobie i Bogu o naszych zasługach albo możemy powierzyć Bogu nasze przekonanie, nasze miary, nasze patrzenie i przemyślenia.

Post i prowadzenie skromnego życia mogą nam pomóc w uwalnianiu się od ludzkiej próżności i dążenia do władzy. Podobno filozof Diogenes żywił się bardzo skromnie, jadł głównie chleb i soczewicę. Pewnego dnia przyszedł do niego filozof Arystyp, który żył dość wygodnie, ponieważ nadskakiwał królowi. Arystyp powiedział Diogenesowi: Naucz się nadskakiwać królowi, a nie będziesz żył, jedząc tylko soczewicę. Diogenes mu odpowiedział: Naucz się zadowalać soczewicą, a nie będziesz musiał nadskakiwać królowi.

Uwolnienie się od pragnienia zajmowania pierwszego miejsca nie oznacza, że powinniśmy unikać pełnienia funkcji i służby. W żadnym wypadku! Nie ma nic złego w pełnieniu jakiejś odpowiedzialnej służby w społeczeństwie czy Kościele albo w zdobyciu tytułu uniwersyteckiego! Natomiast bardzo ważne jest, byśmy nie pozwolili, by to karmiło nasze ego, byśmy nie pomyśleli, że staliśmy się ważniejszymi albo lepszymi ludźmi, jeśli urośliśmy w ludzkich oczach. Musimy pamiętać, że władza, stanowiska, służba są w istocie służeniem dobru, pokojowi, prawdzie, sprawiedliwości i ludziom.

Jeśli wstąpimy do jakiejś partii politycznej, to nie róbmy tego dla kariery, ale wykorzystajmy tę okazję, by czynić dobro w społeczeństwie, w którym żyjemy. Jedynie w taki sposób możemy pozostać wolni, nie podnosić ręki przy głosowaniu tylko dlatego, że tak zdecydowano w naszej partii, kiedy w parlamencie przebiega głosowanie dotyczące na przykład konwencji stambulskiej.

Jeśli Bóg dał komuś talent muzyczny, niech ta osoba rozwija ten talent. Należy pamiętać, że zawsze mamy przed sobą dwie możliwości – możemy rozwijać ten talent i służyć nim Bogu i ludziom, na chwałę Boga i dla dobra ludzi albo możemy służyć naszemu ego, które pragnie, byśmy rozwijali ten talent i stali się sławni, bardziej znani i cenieni niż inni muzycy. W pierwszym przypadku będziemy czerpać radość z muzyki, z Bożego daru śpiewu i gry, będziemy radośni, szczęśliwi i będziemy budzić radość w innych, pozostaniemy przy tym wolni od uznania. Jednak w drugim przypadku pozwalamy, aby nasze ego nas zniewoliło i sterowało nami, aby niszczyło nasze wnętrze i relacje wokół nas, przez co utracimy pokój i prawdziwą radość.

Jak dobrze jest cenić i uznać wartość innych ludzi!

Jak dobrze jest żyć słowami świętego Pawła: „W okazywaniu czci jedni drugich wyprzedzajcie!” (Rz 12,10). Jak ważne jest dziękować i uczyć dzieci dziękowania! Jak dobrze, kiedy dzieci dziękują swoim rodzicom! Jaką radość daje to rodzicom! Oni tego nie potrzebują, ale to jest dobre dla dzieci, ponieważ w ten sposób uczą się dostrzegać, co rodzice dla nich robią. Z drugiej strony ważne jest nie oczekiwać, aby nam dziękowano, w taki sposób zachowamy wewnętrzną wolność. Nie będziemy robić, tego co robimy, by inni zobaczyli, że coś robimy, żeby nam dziękowali, lecz będziemy to robić z miłości.

Podsumowując – nie warto troszczyć się o pierwsze miejsce, ponieważ wszyscy możemy się pomylić: „Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi” (Mt 19,30). Wiedzieli o tym święci. Dlatego zostali umieszczeni na pierwszym miejscu.

o. Marinko Šakota OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 15)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry