Medziugorski Amarcord

Po drodze odmawialiśmy różaniec, a jak cały czas trzymałem Marina za rękę. Zdravko, który w naszym golfie siedział z przodu, miał także poważne obrażenia. Dragan i ja byliśmy opuchnięci, zakrwawieni, a nasze ubrania potargane. Cvitka, który nie odniósł obrażeń, zostawiliśmy na miejscu wypadku, żeby, zanim przyjedzie milicja, ukrył wszystko, co mieliśmy w samochodzie. A były tam kasety z chorwackimi piosenkami pt. „Wstań banie” i „Wróżko Velebitu”, co w tamtych czasach wystarczyło, żeby wsadzić kogoś za kratki na co najmniej kilka miesięcy.

24 czerwca 1981 roku, kiedy zaczęły się objawienia Matki Bożej w Medziugorju, pod koniec tego roku kilku moich przyjaciół ze Splitu przyjechało autobusem do Mostaru, a stamtąd do Medziugorja. Nie dotarli nawet w pobliże Góry Objawień, ponieważ była pod nadzorem milicji. Kilka miesięcy później poznałem jedną osobę z tej grupy. To byli: Cvitko Maleš, Zdravko Kesić oraz bracia Ivica i Marinko Škiljo. Niewiele później poznałem także braci Loza i Josipa Mužićia, który został księdzem. To towarzystwo stanowiło wówczas centrum, z którego w tamtym czasie zrodziły się liczne inicjatywy do dzisiaj przynoszące obfite owoce. Nie tylko w naszym miejscowym kościele, ale i dużo dalej.

Spotykaliśmy się na modlitwie i Mszy świętej w kościele św. Filipa, a na naszą prośbę abp Franić oddelegował wówczas młodego księdza Petara Šolicia, aby przejął nad nami opiekę duszpasterską. Sami, z błogosławieństwem arcybiskupa Franicia, zapoczątkowaliśmy pielgrzymkę pokutną w sierpniu 1982 roku, tuż przed Wniebowzięciem NMP. Spotkaliśmy się w sanktuarium Matki Bożej w Solinie, a naszym celem po całonocnej pielgrzymce było dotarcie do sanktuarium Matki Bożej w Sinju. Już w tym pierwszym roku próbowali nas ukamienować młodzi komuniści, ale ochroniła nas Matka Boża, ponieważ przewidująco wyruszyliśmy inną drogą niż ta, gdzie oni na nas czekali z kamieniami.

Oprócz tego, że nie akceptowali nas nasi przeciwnicy, arcybiskup Franić miał przez nas problemy z duchowieństwem Splitu, ponieważ przedstawiano nas jako tych, którzy utrudniają czczenie Matki Bożej w naszym mieście, co nigdy nie było prawdą. Wszyscy bez wyjątku byliśmy aktywni w naszych parafiach, a w Splicie i okolicy zawsze wiedziano o nas „Filipińczykach”, ponieważ zostawialiśmy wszędzie ślad poprzez pieśni i aktywne uczestnictwo. W parafii św. Filipa zrodziła się wielka liczba powołań kapłańskich i zakonnych, wielokrotnie organizowaliśmy pielgrzymki do Rzymu, z powodu których prześladowała nas tajna milicja i odbierała nam paszporty. W lecie spotykaliśmy się w klasztorze św. Krzyża na, jak wówczas to nazwaliśmy, Dniach Kultury. Do naszego kościoła św. Filipa chętnie przychodzili odprawiać Msze święte liczni księża, z których wymieniłbym Sługę Bożego o. Ante Gabricia, jezuickiego misjonarza wśród Bengalczyków.

2 października 1981 roku wsiedliśmy do nowego golfa naszego przyjaciela Marina. Oprócz Cvitka, Zdravka i mnie piątym pasażerem, który z nami jechał był Dragan Balić, zwany Roko. On i Marin pochodzili z małej miejscowości Slatina na półwyspie Čiovo. Z uwagi na to, że po dłuższym czasie tego dnia po raz pierwszy spadł deszcz, na zakręcie niedaleko miejscowości Klobuk, małe kombi przecięło nam drogę. Marin próbował zahamować, ale zderzenie było nieuniknione. Nasz kierowca ledwo uszedł z życiem. Kierowca karetki pogotowia, który nazywał się Frano Boras i pochodził z miejscowości Ljubuški, zawiózł nas do szpitala w Mostarze. Po drodze odmawialiśmy różaniec, a jak cały czas trzymałem Marina za rękę. Zdravko, który w naszym golfie siedział z przodu, miał także poważne obrażenia. Dragan i ja byliśmy opuchnięci, zakrwawieni, a nasze ubrania potargane. Cvitka, który nie odniósł obrażeń, zostawiliśmy na miejscu wypadku, żeby, zanim przyjedzie milicja, ukrył wszystko co mieliśmy w samochodzie. A były tam kasety z chorwackimi piosenkami pt. „Wstań banie” i „Wróżko Velebitu”, co w tamtych czasach wystarczyło, żeby wsadzić kogoś za kratki na co najmniej kilka miesięcy.

Kiedy dotarliśmy do Mostaru, Marina natychmiast zabrano na blok operacyjny, miał wewnętrzny krwotok, w wyniku wypadku szczególnie ucierpiała śledziona. W szpitalu pozostał także Zdravko, chociaż jego obrażenia nie były śmiertelne. Mnie i Dragana kierowca pogotowia zawiózł do swojej rodzinnej miejscowości, zdecydowaliśmy się przenocować w tamtejszym motelu. Gdy jechaliśmy w tamtym kierunku, ujrzałem tablicę z nazwą miasta Čitluk. Spytałem Borasa, czy tu gdzieś w pobliżu nie jest przypadkiem Medziugorje i czy może nas zawieźć do kościoła. On tylko jęknął i poprosił, żebyśmy go o to nie prosili, ponieważ zostanie bez pracy, jeśli milicja zobaczy, że pojechał tam służbową karetką. Długo go o to prosiłem, aż zdecydował się zawieźć nas przed budynek ówczesnej poczty, gdzie były gęste krzaki. Ukrył tam samochód i czekał na nas, a my skierowaliśmy się do parafialnego kościoła, który był oddalony kilkaset metrów od tego miejsca.

Kiedy weszliśmy do kościoła św. Jakuba, ruszyliśmy w kierunku ołtarza. Właśnie skończyła się Msza święta, a młodzież i wierni razem z księdzem modlili się nad chorymi. Bez problemu dotarliśmy przez tłumy wiernych do ołtarza, ponieważ wszyscy, kiedy tylko nas widzieli, delikatnie odsuwali się i przepuszczali nas. Z pewnością myśleli, że lepiej nie mieć z nami do czynienia. Byliśmy we krwi, mieliśmy szyte rany, sińce a nasze ubrania były potargane. Dopiero później stało się dla mnie jasne, że wyglądaliśmy na dwóch pijaków albo zbirów. W Mostarze nie pomyśleliśmy o tym, żeby doprowadzić się do porządku, mieliśmy tylko plan, aby dotrzeć do miejscowości Ljubuški, a stamtąd telefonicznie poinformować naszych bliskich o tym, co nam się stało.

Uklęknęliśmy przed ołtarzem, a ja poprosiłem księdza, aby nas pobłogosławił, ponieważ mieliśmy straszny wypadek, z którego na szczęście wyszliśmy z lżejszymi obrażeniami. Powiedziałem mu o naszych przyjaciołach, którzy zostali w szpitalu, zwłaszcza o Marinie, co do którego nie widzieliśmy, czy w ogóle jeszcze żyje, i poprosiliśmy go, aby szczególnie pomodlił się za niego. W tej chwili w sercu zobaczyłem Matkę Bożą, jak czuwa nad stołem operacyjnym, na którym leży Marin i byłem pewny, że przeżyje. Poprosiliśmy potem księdza, aby udzielił nam Komunii świętej. Później widywałam go w miejscowości Vitina. Kiedy wróciliśmy do naszego kierowcy, był przerażony, ponieważ nie było nas przez dłuższy czas, a on bał się, że nakryje go milicja.

Zawiózł nas do motelu. Kiedy wieczorem około godziny 20 zadzwoniłem do mamy Marina, nie mogła powstrzymać łez. Udało jej się nawiązać kontakt ze szpitalem w Mostarze, ale oni nie potrafili jej powiedzieć, czy syn przeżyje czy nie. Wytrwale jej powtarzałem, że Marin żyje i że wszystko będzie w porządku. Nie wierzyła w moje słowa.

Ostatecznie, dzięki Bogu, wszystko dobrze się skończyło. Marin co prawda pozostał bez śledziony, ale żyje do dzisiaj. O naszym wypadku szybko usłyszano w Splicie i okolicy. Przy pewnej okazji, gdy byłem u arcybiskupa Franicia, opowiedziałem mu o moim doświadczeniu z medziugorskiego kościoła. On już wtedy słyszał o doświadczeniach licznych osób, które pielgrzymowały do Medziugorja. Nie minęło wiele czasu, a abp Franić z dwójką włoskich jezuickich teologów z Mediolanu, którzy wówczas byli znani w kręgach kościelnych, wyruszył ich autem do Medziugorja, gdzie starał się być zwykłym wiernym w kościele św. Jakuba.

Ivan Ugrin

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry