Osoby wierzące nie mają się czego bać

„W pierwszych dniach objawień Matki Bożej komunistyczna propaganda wywołała masowy lęk. Wiele osób było przekonanych, że komunizm nie może upaść i nie ma co walczyć przeciwko niemu. W takich okolicznościach trudno było liczyć na coś nadprzyrodzonego, na łaskę z nieba. Lecz nasza wspólnota była silna, trudno było znaleźć współpracowników. Nie ma człowieka, który nie miał okazji zeznawać przeciwko mnie, każdy mógł być świadkiem, ale komuniści ich nie znaleźli. Grozili ludziom zwolnieniami, więzieniem. Ludzie unikali składania zeznań najczęściej tłumacząc się, że danego dnia nie byli na Mszy świętej, choć kościół każdego dnia był pełny. Czy świadkowie obrony zgłaszali się sami? Zgłaszali się parafianie, było ich 300 a może nawet więcej, byli gotowi podać swoje imię nazwisko, zeznawać, mówić prawdę. Wobec tego władze były bezsilne. Jestem głęboko przekonany, że wierni – parafianie i pielgrzymi, ci którzy otrzymali łaskę, są świadkami i obrońcami Medziugorja. Oni są młodymi gałązkami na tym silnym pniu, którego nie mogą wyrwać ani bezbożne ataki, ani zaprzeczanie, ani kwestionowanie, ani fałszywe interpretacje”. Te słowa o. Joza Zovko najlepiej opisują parafian Medziugorja w pierwszych medziugorskich latach. Mając do wyboru opowiedzieć się po stronie Boga albo po stronie pustej ideologii komunistycznej, oni wiedzieli, co należy uczynić. W tym numerze Głosu Pokoju prezentujemy rozmowę z Jozem Vasiljem.

Na początku tej rozmowy pragnę podziękować panu w imieniu czytelników za czas, który nam pan poświęcił i gotowość do podzielenia się swoimi doświadczeniami związanymi z początkami objawień Matki Bożej. Wspomnimy także Medziugorje sprzed objawień Matki Bożej. Dlatego na początku proszę się przedstawić.

Nazywam się Jozo Vasilj, mówią na mnie Cago. Urodziłem się 24 sierpnia 1930 roku w Medziugorju, gdzie oprócz kilku krótkich okresów, kiedy pracowałem w Niemczech i Włoszech, spędziłem całe życie. W 1954 roku ożeniłem się z Mirą, która dziś już nie żyje. Zajmowałem się głównie rolnictwem, uprawiałem tytoń i winorośl. Były takie lata, kiedy sadziłem nawet 40 tysięcy sadzonek tytoniu, oprócz tego dbałem o 3 tysiące krzewów winorośli. Wstawałem przed świtem, chodziłem spać, gdy zapadł zmrok. Pracowało się mozolnie i ciężko, ale Bóg błogosławił nam obfitością zbiorów.

Czy może nam pan powiedzieć coś o pierwszych dniach objawień Matki Bożej w Medziugorju w 1981 roku?

Pomimo czasu, który upłynął, wspomnienia pierwszych dni objawień Matki Bożej są jeszcze świeże. Wiadomość o objawieniu Matki Bożej w Medziugorju rozniosła się tak szybko, że już następnego dnia mnóstwo ludzi wspinało się na miejsce objawienia. Widząc tylu ludzi, którzy biegną na wzgórze ja także wyruszyłem tam, pragnąc zobaczyć co się dzieje. Kiedy doszedłem do miejsca objawienia, zobaczyłem rodziców widzących stojących obok siebie. Sześcioro dzieci nieruchomo patrzyło w stronę nieba. O ile dobrze pamiętam, pierwsze objawienie było trochę wyżej niż miejsce objawienia, na które teraz chodzą pielgrzymi.

Co pan czuł w tych dniach?

Wiele osób było zdezorientowanych, w tym także ja, ale towarzyszyło mi piękne uczucie pokoju i błogości. Wszyscy w jakiś sposób chcieliśmy mieć swój wkład w ten medziugorski cud, więc co drugi, trzeci dzień dyżurowałem, pomagając ludziom, którym władza zabraniała iść na górę, odnaleźć drogę prowadzącą do miejsca objawień. Milicja i pracownicy tajnej policji cynicznie mówili nam, żebyśmy „odwołali” Matkę Bożą i nie będziemy musieli dyżurować. Oni nie wiedzieli, jak kochamy naszą Matkę Bożą i że jesteśmy dumni z tego, że wybrała właśnie nas. Oddalibyśmy wtedy za Nią nawet życie. Szczególnie staraliśmy się być wsparciem dla naszych franciszkanów, którzy wtedy byli „na celowniku”.

Jakie wydarzenie z tych pierwszych dni szczególnie zapadło panu w pamięci?

Najbardziej pamiętam światłość, która pojawiała się na górze jako zapowiedź objawienia Matki Bożej. Ta światłość przyjmowała kształt krzyża. W pierwszych dniach na niebie był także jakiś świetlisty obłok.

Czy widział pan te znaki?

Tak, na pewno je widziałem.

Wiemy, że komunistyczna władza szybko by zareagowała na wiadomość, że ktoś widział nietypowe znaki na niebie albo na wzgórzu, zmuszając ludzi, którzy to widzieli, aby powiedzieli, że tak nie było, to znaczy, aby zaprzeczyli obecności tych nietypowych znaków. Jakie zeznania pan wówczas składał?

Dawaliśmy świadectwo prawdy bez strachu, a oni nas wyśmiewali, mówiąc, że ktoś nas namawia. Przyjeżdżali do nas uzbrojeni w jeepach nazywając nas ustaszami [ustasze – chorwacki ruch faszystowski sprzed II wojny światowej – uwaga redakcji] gotowymi do wzniecenia powstania.

Matka Boża wzywała do pokoju, a oni widzieli w tym wrogi bunt. Jugosławia była mocno komunistycznym państwem. Jak w nim żyliście?

Żyło się ciężko, ale podtrzymywała nas na duchu wiara i nadzieja, że komunizm jednak upadnie.

Kiedy usłyszał pan, że dzieci widzą Matkę Bożą, czy od razu pan pomyślał, że to jest możliwe?

Byłem na objawieniu i widziałem, jak wszystkie dzieci patrzą w jeden punkt, że mówią w tym samym czasie, a ich spojrzenie jest błogie i radosne. Dzieci pozostawały nieruchome. Nikt ich nie namawiał do czegoś takiego. Było widać, że nie grają. Dyżurowałem na górze przy samym objawieniu i znam prawdę. Tajna policja UDBA próbowała wszystkiego, na przykład do drzewa przykuwali literę U i do tej litery przymocowywali młotek, którym mieli zabijać ustaszy. Sięgali również po inne kłamstwa. Wszystko to widziałem i przeżyłem. Znalazłem ten znak na górze, a świadkiem tego zdarzenia był także Miro Čilić, który był tam ze mną. On od razu zapytał, kto to tutaj podrzucił. Na jego pytanie tylko wzruszyłem ramionami. To było zrobione u jakiegoś stolarza. Zdeptaliśmy to i wyrzuciliśmy, żeby nie stawiać piętna na naszym narodzie. Bałem się, że mnie namierzą, oskarżą i zamkną, ale dzięki Bogu, nikt mnie nie szukał i nie pytał mnie o to.

Czy zna pan osobiście kogoś z widzących albo ich rodziców?

Nie znałem widzących przed objawieniem, ale znałem dobrze ich rodziców. Wszystkie dzieci pochodziły z dobrych, zdrowych chrześcijańskich rodzin.

W przeciwieństwie komunistycznych, jugosłowiańskich światowe media nie osądzały objawień i nie wyśmiewały ich. Czy doniesienia mediów na początku wpływały na pana?

Mieliśmy nasze niezachwiane stanowisko, a przed wszelkimi pokusami chroniła nas Matka Boża. Dobrze znaliśmy naszego wroga z jeszcze wcześniejszych czasów, więc znaliśmy jego słabość. Naszą siłą była nasza wiara.

Czy z uwagi na to, że nie miał pan w rodzinie nikogo, kto byłby członkiem partii komunistycznej, nie bał się pan?

Nikogo się nie bałem, ponieważ Bóg był przy mnie. Proponowali mi, żebym wstąpił do partii, ale nie chciałem. Ojciec prawdopodobnie nie wpuściłby mnie do domu. Nie chciałem być członkiem partii.

Był pan świadkiem tego, że w naszym otoczeniu były osoby, które wykorzystywały wszystkie sposoby ówczesnych władz, aby szantażować ludzi i doprowadzić do sytuacji, żeby składali fałszywe zeznania?

Byli zarówno , jak i ci, którzy szantażowali. Natomiast ja wiem, że nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego, nawet gdyby groziło mi za to komunistyczne więzienie. Po prostu nie mogę działać wbrew mojej wierze i mojemu narodowi.

Jak trudne było znoszenie różnych nacisków ze strony ówczesnych władz np. ciągłych przeszukiwań, szpiegowania, zakazów?

Próby władz komunistycznych zaszły daleko, w pewnym momencie próbowali nawet zabronić ludziom chodzić do kościoła, a najbardziej przeszkadzała im wieczorna Msza święta. Dlatego w szkole podstawowej zorganizowano spotkanie medziugorskiej lokalnej społeczności. Przewodniczący ówczesnej lokalnej społeczności powiedział, że zostanie ujawnione kto stoi za medziugorskimi objawieniami, tzn. kto namawia dzieci, aby opowiadały kłamstwa o rzekomych objawieniach Matki Bożej. Ale, dzięki Matce Bożej, medziugorska prawda żyje do dzisiaj, a komunistyczne kłamstwa są martwe.

Czy miał pan jakiekolwiek wątpliwości co do objawień Matki Bożej w Medziugorju?

Moje serce od początku było spokojne, podpowiadało mi, że Matka Boża naprawdę się objawia, więc żadne próby, zarówno te polityczne jak i inne, nie mogły zachwiać mojej wiary. Byłem świadomy powagi sytuacji, która dotyczyła przede wszystkim chorwackiego narodu. Władze tylko czekały na błędny krok i prześladowania by się zaczęły. Dzięki Bogu wszystko jednak dobrze się skończyło.

Nigdy nie pełnił pan żadnej funkcji państwowej, tylko utrzymywał się głównie z rolnictwa. Jakie formy nacisku spotykały ludzi, którzy zajmowali się takimi rodzinnymi biznesami?

Po prostu niszczyli nas, manipulując ceną naszych produktów. Na przykład, gdy trafił się rok, kiedy tytoń dobrze obrodził i był świetnej jakości, oni zaliczali go do najgorszej, piątej kategorii. W następnym roku był trochę słabszy, a oni płacili tyle, że mogliśmy kupić tylko nylon. To była męka żyć pod tą władzą, która nas nie lubiła.

Niedługo po pierwszych objawieniach został zatrzymany ojciec Jozo. Jak wpłynęło na pana jego zatrzymanie?

Zatrzymaniu o. Joza Zovko w Medziugorju towarzyszyły łzy. To było dla mnie bardzo trudne. Ludzie go kochali, wiedzieli, że cierpi niewinny i dobry człowiek. Pierwsze objawienia były 24 i 25 czerwca, a już 17 lipca pojmano o. Joza Zovko. Aresztowali go nasi ludzie i zawieźli do więzienia, zupełnie jak kogoś, kto popełnił poważne przestępstwo. Ludziom było smutno, ponieważ myśleli, że zostają bez pasterza. Później, kiedy wrócił z więzienia wszyscy przyszli, aby go odwiedzić i wesprzeć. Jozo Zovko był dobrym i bardzo uzdolnionym człowiekiem. Oprócz parafian kochali go także zagraniczni pielgrzymi. Jego modlitwa i wiara były przykładem dla innych.

W jakim stopniu orędzia Matki Bożej wpłynęły na pańskie życie?

Myślę, że pomogły mi stać się lepszym człowiekiem i lepszym wiernym. Częściej chodzę do kościoła, modlę się do Boga i rozważam Bożą moc.

Wkrótce po objawieniach do Medziugorja zaczęło przyjeżdżać mnóstwo ludzi. Jak przyjmowaliście tych pierwszych pielgrzymów?

Dobrze, szanowaliśmy ich i troszczyliśmy się o nich, tak jak mogliśmy i jak umieliśmy. Pełniliśmy dyżury na górze w czasie objawienia i pomagaliśmy ludziom pomimo zakazów. Pamiętam pewną ubraną na biało siostrę zakonną, która mówiła: „Moja Matko Boża, tak długo Cię szukam, gdzie jesteś?” Weszła na górę, nie wiedząc, że nie wolno nam jej tam wpuścić. Pozwoliliśmy się jej szybko pomodlić i wskazaliśmy inną drogę, ponieważ – gdyby wracała tą samą – ją aresztować. Pamiętam także pewnego inwalidę z miejscowości Duvno. Pełniłem dyżur, a jego przywieźli bliscy, szukając leku na jego ból. Lecz policja nie pozwalała, aby ludzie przechodzili i koniec. Bałem się o niego. Przepuściliśmy go, wiele ryzykuje. Przyjechał autobusem, a Bóg pozwolił, że policji akurat tutaj nie było i mógł się udać do kościoła. Później milicjanci mnie pytali, jak ten człowiek przeszedł, a ja udawałem, że o niczym nie wiem.

Czy zagraniczni pielgrzymi na początku lepiej przyjęli orędzia Matki Bożej niż my –mieszkańcy Medziugorja i okolicy?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Wiara jest osobistą sprawą. Wiara mieszkańców Medziugorja była widoczna od samego początku, a taka liczba pielgrzymów z całego świata wskazuje na to, ilu ludzi wierzy w medziugorskie objawienia. O. Pero pięknie mi o tym powiedział: „To, co wam się wydarzyło, to jest wielka łaska, Boża Opatrzność. To jest zasługa waszych przodków, którzy byli wierzący i modlili się do Boga”.

Rodziny były wielodzietne, miejsc było mało, ale ludzie i tak przyjmowali licznych pielgrzymów do swoich domów. Jak to wyglądało na początku objawień Matki Bożej?

Ja miałem mały dom poniżej góry Križevac, ale jak na tamte czasy to był ładny dom. To jednak nie było ważne. Trzeba było zakwaterować ludzi, którzy przyjechali, a nie mieli się gdzie podziać. Kwaterowaliśmy ich u rodzin. W moim domu bywało nawet po 15 osób. Ja szedłem spać do starego domu, a pielgrzymom odstępowałem moje łóżko. Pielgrzymi byli skromni i zadowoleni ze wszystkiego. Pewna Włoszka, która później wybudowała sobie dom w Medziugorju, wysyłała do mnie ludzi, a ja umieszczałem ich po sąsiadach. Były tu także ubogie domy bez węzła sanitarnego, ale pielgrzymi też tam nocowali i byli zadowoleni. U mnie była jedna łazienka na 15 lub więcej osób.

Jak porozumiewaliście się z obcokrajowcami?

Na wszelkie sposoby, pokazywaliśmy wszystko rękami, a czasami przychodził ktoś znający niemiecki albo włoski i pomagał nam. W Medziugorju każdego dnia było coraz więcej pielgrzymów, pojawiały się też znane osoby, ale tutaj wszyscy byli tacy sami, tak samo mali wobec Królowej Pokoju. Generalnie wyjeżdżali stąd zadowoleni. Oczywiście ich zadowolenie nie było spowodowane zakwaterowaniem, lecz szczególnym doświadczeniem wiary i dzieł Bożej miłości. Większość z nich wraca tutaj, a to jest znak, że jest im tu dobrze.

Jak pan postrzega wiarę dzisiejszej młodzieży i młodych rodzin?

Sposób życia bardzo się zmienił. Upłynęło już wiele czasu od pierwszych objawień. Cieszy mnie widok młodzieży, która przychodzi do naszego kościoła. Mam nadzieję, że wytrwa w swojej wierze i zachowa rodzinną tradycję wspólnoty i miłości, a także dobrosąsiedzkie relacje.

Czy te tradycyjne relacje rodzinne przetrwały w pana rodzinie?

Dzięki Bogu tak. Moje dzieci i wnuki szanują mnie i kochają. Starałem się przekazać im te wartości, ponieważ szanowałem i kochałem rodziców i osoby starsze. W domu mieszkało nawet 15 osób, ale żyliśmy w harmonii i pokoju. Dobrze nauczyłem się czwartego Bożego przykazania. Mieszkańcy Medziugorja od zawsze byli ludźmi, którzy pielęgnują dobre rodzinne relacje i tak jest do dzisiaj. Przykłady prawdziwej braterskiej miłości można znaleźć na każdym kroku, tylko nieprzychylnie nastawieni do Medziugorja przedstawiają inną historię o mieszkańcach tej miejscowości. Zazdrość jest czymś strasznym. Ale była zawsze i zawsze będzie, tak samo jak zawsze byli i będą źli ludzie.

Na ile pozytywne podejście jest ważne w życiu?

Jestem przekonany co do jednej rzeczy: człowiek grzeszy i upada, ale musi się także podnieść, odnaleźć prawdziwą drogę. Nawet kiedy jest najtrudniej i kiedy zgrzeszymy, musimy umieć ruszyć dalej. Jest mi przykro, kiedy widzę młodego człowieka bez celu i starca, który tylko opowiada o pięknie tego, co minęło, a nie szanuje tego, co jest dzisiaj. Ja tak nie uważam. Bóg był z nami i będzie na zawsze.

Gdyby mógł się pan cofnąć w czasie do 1981 roku – początku objawień Matki Bożej, czy coś by pan zmienił?

Nie, nic był nie zmienił. Byłem i pozostałem wierny Bogu, Kościołowi i mojemu narodowi, a to jest dla mnie najważniejsze.

Był pan aktywnym członkiem kościelnego chóru, zbiera pan ofiary w trakcie Mszy świętej. Co pana do tego zachęciło?

Chciałem chwalić Pana także poprzez muzykę. Z kolegami założyliśmy chór, prowadził go śp. o. Stanko Vasilj. Także dzisiaj, na tyle na ile mogę i potrafię, pomagam naszym franciszkanom. Wiele się od nich nauczyłem i bardzo ich cenię. Dopóki mogę, będę służył mojemu Panu.

Co powie pan naszym czytelnikom na koniec naszej rozmowy?

Medziugorskie objawienia są prawdziwe. Dzieci widzą Królową Pokoju. Liczne dobre dzieła miały miejsce w Medziugorju. To jest oaza pokoju i modlitwy. Orędzie pokoju ruszyło w świat pomimo nacisków ze strony władz komunistycznych. Osoby wierzące nie mają się czego bać.

Mario Vasilj

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 12)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry