„Pociąg modlitwy”

Od 3 do 5 września w Medziugorju przebywała grupa około 650 osób z Węgier. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że pielgrzymi przyjechali do Medziugorja pociągiem! Ich podróż z powodu różnych postojów trwała 23 godziny (trasa: Budapeszt – Osijek – Zenica – Mostar – Čapljina). Do celu, czyli do Medziugorja, dotarli dopiero wieczorem około godziny 20.

Organizatorem pielgrzymki była agencja turystyczna „Misszio’ Tours”, która od 2011 roku organizuje podobne pielgrzymki „pociągiem modlitwy” do maryjnych sanktuariów Europy Środkowej: Częstochowa (Polska), Mariazell (Austria), Csiksomlyó (Rumunia). I choć od lat przywożą do Medziugorja pielgrzymów autobusami, ich pragnieniem było zorganizować przynajmniej jeden raz „pociąg modlitwy”, ponieważ te maryjne sanktuaria razem z Medziugorjem tworzą krzyż na mapie Europy, który jak podkreśla organizator Laslo Budai, dzięki tej pielgrzymce został ostatecznie narysowany.

Pielgrzymom towarzyszyło czterech księży i biskup János Székely z diecezji Szombathely, który z powodu opóźnienia odprawił wieczorną Mszę świętą w pociągu. Pociąg utknął przed Jablanicą, pielgrzymi czekali tam dwie godziny, bo zabrakło prądu. Biskup po przyjeździe na miejsce spotkał się krótko z abp. Henrykiem Hoserem SAC, od którego zezwolenie na przyjazd i zaproszenie otrzymał wcześniej, oraz z proboszczem o. Marinko Šakotą. Następnie udzielił krótkiego wywiadu dla radia „Mir” Medziugorje, a potem autem wrócił do Budapesztu, ponieważ we wtorek 4 września o godzinie 10 miał spotkanie swojej Konferencji Biskupów.

Pielgrzymi we wtorek i środę rano mieli zorganizowany program w sali Jana Pawła II. Uczestniczyli we Mszy świętej i wysłuchali katechezy o. Marinka. Następnie zostali podzieleni na dwie grupy po około 300 osób i modlili się na Górze Objawień i Križevacu. Poszli także wysłuchać świadectw we wspólnocie Cenacolo oraz uczestniczyli w wieczornym programie modlitw.

W środę 5 września około 2 w nocy autobusy zawiozły ich z powrotem do Čapljiny, skąd o 5 rano mieli pociąg w kierunku Budapesztu. Pielgrzymi są pełni wrażeń, ale zobaczymy w przyszłości, czy taka forma pielgrzymowania przetrwa i stanie się tradycją, ponieważ organizacja takiej pielgrzymki z uwagi na przepisy kolejowe jest wyzwaniem, a sama podróż trwa dłużej niż podróż autobusem.

Rozmowa z Andreą Sarnyai

Andrea mieszka w Budapeszcie. Pracuje jako sekretarka na Akademii Sztuki. Już od wielu lat jako tłumaczka przyjeżdża z grupami pielgrzymów z Węgier.

Po raz pierwszy była w Medziugorju w 1988 roku. Pomimo młodego wieku bardzo dotknęła ją miłość Boga i Matki Bożej. Płakała całą podróż powrotną (10 godzin), ponieważ nie chciała wracać do domu. Po raz drugi przyjechała w 1989 roku. Następnie wybuchła wojna w Chorwacji oraz Bośni i Hercegowinie. Przeprowadziła się do Budapesztu, gdzie poznała księdza, który nazywa się Gábor Kemenesi. Od 1992 roku wspólnie organizują przynajmniej trzy pielgrzymki rocznie do Medziugorja.

Andrea urodziła się w mieście Senta w Wojwodinie, a później przeprowadziła z rodzicami na Węgry. I choć uczyła się w szkole serbsko-chorwackiego, potrafiła powiedzieć tylko „Dzień dobry” i „Do widzenia”.

Punktem zwrotnym w jej życiu było spotkanie z o. Slavkiem Barbariciem. Miało ono miejsce w trakcie jednej z pielgrzymek w 1992 roku. Z powodu wojny musieli jechać okrężną drogą, więc podróż trwała około 26-28 godzin, temperatura wynosiła około 40 stopni, a autobusy nie było wtedy klimatyzowane.

Tak mówi o tamtych czasach: „Tak bardzo nie mogliśmy się doczekać, żeby tu przyjechać, tak bardzo niosło nas Boże zaproszenie, że nie było nam trudno znosić to wszystko. Kiedy dotarliśmy na parking przed kościołem, przywitał nas śp. o. Slavko Barbarić. Byłam tak szczęśliwa, że przyjechaliśmy i taka dumna z siebie, że umiem powiedzieć „Niech będzie pochwalony Jezus i Maryja”, że właśnie tymi słowami go pozdrowiłam. Popatrzył na mnie i prawdopodobnie pomyślał sobie, że znam chorwacki, więc powiedział mi, że mam tłumaczyć na węgierski w trakcie adoracji. Tak się przestraszyłam, że nie mogłam z siebie wydusić ani słowa i nie powiedziałam, że nie znam chorwackiego oprócz tych kilku pozdrowień! W trakcie adoracji pociłam się, jąkałam, domyślałam się sensu słów, więc o. Slavko zrozumiał, że nie rozumiałam wszystkiego. Na końcu podszedł do mnie, chwycił mnie za rękę, głęboko popatrzył mi w oczy i powiedział: „Ty musisz nauczyć się naszego języka, rozumiesz?” A ja mu odpowiedziałam: „Tak”. Po powrocie do domu rzeczywiście kupiłam książki, słownik i zaczęłam się sama uczyć. Gdy przyjeżdżałam z ks. Gáborem, o. Slavko zawsze mnie prosił, żebym tłumaczyła. Ja mu mówiłam, że nie jestem jeszcze gotowa, a on zwykł mówić: „No dalej! Tłumacz to, co rozumiesz. Lepsze to niż nic, ponieważ jeśli ty nic nie przetłumaczysz, to my nic nie będziemy rozumieli”. I tak się wszystko zaczęło. Coraz lepiej mówiłam, a pomogło mi także to, że tłumaczyłam książki o. Slavka. Dzisiaj nie mogę sobie wyobrazić mojego życia bez pielgrzymowania do Medziugorja i nic nie jest dla mnie trudne do zniesienia, ponieważ tutaj zawsze napełniamy się wieloma łaskami.

Paula Tomić

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 14)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry