Tutaj pielgrzym otwiera się  na łaskę Bożą

Andrea Bianco na drugim roku studiów miał poważny wypadek drogowy. Wierzy, że przeżył dzięki łasce Bożej. Następstwem tego wypadku drogowego była całkowita utrata wzroku. Ale jak sam mówi, to mu nie przeszkadza, by być narzędziem w rękach Boga. Pan Bianco bowiem ze swoją żoną wykonuje różańce, którymi obdarowuje wiernych. Ponadto od wielu lat z przyjaciółmi organizuje pielgrzymki do Medziugorja.

Panie Andrea, proszę opowiedzieć nam, w jaki sposób utracił Pan wzrok.

Nazywam się Andrea Bianco, mam 36 lat. Mieszkam w Bolzano, mieście na północy Włoch. Ożeniłem się 12 lat temu, z żoną Lorą mam trójkę dzieci, które nazywają się: Francesco Maria, Claudio Giuseppe Maria i Giovanni Maria. Młodość spędziłem tak jak największa część dzisiejszej młodzieży, czyli bawiąc się i nie myśląc o istnieniu Boga. Myślałem: jeśli istnieje, to dobrze, a jeśli nie istnieje, to też w porządku.

Po ukończeniu szkoły średniej podjąłem studia ekonomiczne. Na drugim roku studiów, w 1991 roku, po pomyślnie zdanym egzaminie zdecydowałem, że spędzę kilka dni w górach z moją narzeczoną, która później została moją żoną. Po urlopie ruszyliśmy do domu. Po przejechaniu kilku kilometrów droga była prosta i całkiem pusta, przed nami jechała tylko jedna ciężarówka. Mniej więcej w połowie manewru wymijania tej ciężarówki ona nieoczekiwanie skręciła w lewo. Uderzyła w nas i wylądowaliśmy na platanie rosnącym przy drodze.

Larę wyrzuciło z samochodu przez przednią szybę, ale ponieważ nie była ciężko ranna, pobiegła na drogę, żeby zatrzymać jakiś pojazd. Nikt się nie zatrzymał, kierowcy tylko zwalniali, mijali ją i jechali dalej. Pogotowie przyjechało dopiero po dwóch godzinach. Larę zawieźli do pobliskiego szpitala, a mnie helikopterem przetransportowano do szpitala w Bolzano. Byłem reanimowany, ponieważ doszło do zatrzymania krążenia. Z uwagi na to, że był to Wielki Czwartek brakowało personelu i lekarze byli nieprzygotowani na tak ciężki przypadek jak mój. Diagnoza brzmiała: pęknięcia czaszki, obrzęk mózgu i krwiak (który spowodował ucisk nerwu wzrokowego), złamanie nosa, szczęki, żuchwy, żeber, stłuczenie płuca, złamanie biodra w dziesięciu miejscach i uszkodzona arteria. Mówiąc krótko: beznadziejny przypadek!

W tamtym czasie uważało się, że najlepsze są te szpitale, które odnotowują najmniej przypadków śmiertelnych, więc wysłali mnie, żebym umarł do innego szpitala. Lecz Pan zdecydował inaczej.

Przeżył Pan wbrew rokowaniom lekarzy.

W Weronie, dokąd natychmiast mnie przetransportowano, miałem operację. Później okazało się, że właśnie ta ekipa lekarzy była najlepsza. Po dwudziestu dniach śpiączki tylko ja jeden wyszedłem żywy z Oddziału Intensywnej Terapii.

Na pytanie moich rodziców, dotyczące szans na przeżycie lekarze mówili: „Nie wiemy. Zazwyczaj nikt nie ma szans na przeżycie takiego zderzenia”. Potem miałem liczne operacje i wszystkie udały się lepiej, niż przewidywali to lekarze. Nie mogli zrozumieć, co się dzieje, ponieważ nie byli osobami wierzącymi.

Przychodził do mnie pewien ksiądz, karmelita, o. Giovanni, który zawsze mi powtarzał: „Tobie jest łatwo, ponieważ masz krzyż”, a ja myślałem: „Jeśli chcesz, możemy się zamienić”. W końcu zrozumiałem, że on miał rację.

Tymczasem zainteresowali się nami członkowie pewnej grupy modlitewnej. Zaczęliśmy się z nimi poznawać nie dlatego, że mieliśmy takie przekonanie, ale dlatego, że nie umieliśmy im odmówić. Powoli zaczęliśmy się widywać z nimi coraz częściej. Po kilku miesiącach Lara i ja poczuliśmy potrzebę, aby przystąpić do spowiedzi. Kiedy weszliśmy do kościoła, wyszedł nam naprzeciw właśnie ojciec Giovanni. Tak zaczęła się nasza droga ludzi wiernych. Droga, która zaprowadziła mnie do sakramentu bierzmowania (wcześniej nie byłem bierzmowany).

Pojechałam do Bostonu (Stany Zjednoczone), gdzie znajduje się najbardziej znany szpital specjalizujący się w leczeniu wzroku i słuchu. Diagnoza brzmiała: w przypadku mojej ślepoty medycyna jest bezradna.

Kiedy wróciłem z Ameryki, powiedziałem Larze: Życie z inwalidą jest trudne. Zastanów się, uszanuję każdą Twoją decyzję. Odparła: Nie muszę się zastanawiać, już się zdecydowałam. Po trzech latach i pokonaniu tysiąca problemów w końcu zrealizowaliśmy nasze marzenie i wzięliśmy ślub. Przez dwa lata Laura uczyła się w czasie wolnym między moją jedną a drugą wizytą w różnych klinikach, aż obroniła dyplom. Potem wspólnie zdecydowaliśmy, że zostanie w domu, by poświęcić się rodzinie i dzieciom, które da nam Bóg.

Co się wydarzyło później?

Zastanawialiśmy się, jak możemy pomóc bliźnim, i znaleźliśmy takie dwie odpowiedzi na to pytanie: przez różańce i pielgrzymki.

Zaczęło się od tego, że pewnego razu w Rzymie przeraziliśmy się ceną niektórych różańców. Uważaliśmy, że ta cena zamiast zachęcać, oddala ludzi od modlitwy. „Wszyscy powinni mieć w ręku różaniec” – myśleliśmy. Pewna siostra zakonna, klaryska, skierowała nas tam, gdzie możemy kupować materiał do wykonywania różańców, a inna siostra zakonna cierpliwie uczyła mnie, jak mam wykonywać różańce ze sznurka. W taki to sposób zaczęliśmy robić różańce i je rozdawać.

Na początku myśleliśmy: „Kto je będzie chciał, może tylko tracimy czas”. Dzisiaj po siedmiu latach [wywiad pochodzi z 2007 roku – uwaga redakcji] mogę powiedzieć, że wykonaliśmy i rozdaliśmy 10 000 różańców. Nasz Pan jest tak bardzo miłosierny!

Zaczął Pan także przywozić pielgrzymów do Medziugorja?

Muszę przyznać, że również byłem zdziwiony pomysłem, żeby niewidoma osoba prowadziła pielgrzymkę. I choć jako pierwszy odpowiedziałem na to wezwanie, prawda jest taka, że we wszystkim pomagał nam Loris, nasz długoletni przyjaciel. Moim zadaniem było zebrać zgłoszenia chętnych, zorganizować podróż i wstępne spotkanie oraz udzielać informacji, a on jako bankowiec troszczy się o kwestie ekonomiczne.

Już kilka lat pracuje z nami Mauricio, który gromadzi pielgrzymów z regionu Trydent, animuje Msze święte poprzez pieśń i grę na gitarze i tworzy dobrą atmosferę w grupie. Jak same Panie widzą, mowa o całej ekipie, ale jesteśmy przekonani, że wszystkim kieruje Matka Boża. Dziękuję Ci, Matko!

Kiedy przyjechał Pan tutaj po raz pierwszy?

Przez lata słuchałem historii o Medziugorju. Pewne osoby opowiadały o wszystkim, co jest pozytywne, ale były także takie, które o wszystkim wypowiadały się w bardzo krytyczny sposób. Słuchając jednych i drugich przez długi czas pozostawałem obojętny. Lecz po świadectwie pewnej naszej przyjaciółki, razem z małżonką postanowiliśmy pojechać tam w 1998 roku.

Byliśmy przekonani, że musimy jechać (kiedy Matka Boża wzywa, czujesz poruszenie w sercu), ale jak to uczynić? Spotkałem mojego przyjaciela Lorisa i spytałem: „Czy pojedziesz z nami do Medziugorja?” „Nie mam już urlopu” – odpowiedział. To był koniec września. Następnego dnia dyrektor spytał go, czy idzie w końcu na ten urlop czy nie!

Potem spotkaliśmy przyjaciela Armanda, muzyka grającego w orkiestrze, którego też spytałem, czy pojedzie z nami do Medziugorja. Odpowiedział, że nie ma pięciu wolnych dni. Odparłem, że wieczorem jest adoracja i zachęciłem, by przyszedł. Spytamy Go: jeśli to jest Jego wola, to znajdzie sposób, aby to zorganizować. Następnego dnia Armando oświadczył, że jednak znalazł te pięć wolnych dni. Wiedzieliśmy więc, że to Matka Boża zorganizowała naszą pielgrzymkę i znalazła nam osoby, z którymi będziemy pielgrzymować.

Dziecko zostawiliśmy u babci i wyruszyliśmy.

W Medziugorju spędziliśmy na modlitwie kilka dni, ale rozczarowanie było ogromne: „Wszyscy mówią o Medziugorju, ale dlaczego? Czy to jest to?”

Lecz Matka Boża w naszych duchowych walizkach umieściła cały szereg darów, które odkryliśmy dopiero po powrocie do domu, kiedy minęło zmęczenie. Właściwie to odkrywaliśmy je stopniowo. I odbyliśmy wiele kolejnych pielgrzymek, w trakcie których poznałem i pokochałem orędzia Matki Bożej.

W tym czasie przeczytaliśmy wiele książek o objawieniach Królowej Pokoju, więc byliśmy dobrze poinformowani, jeżeli chodzi o historię wydarzeń pierwszych dni.

W 2003 roku różne osoby sugerowały mały autobus na 17 osób, aby stworzyć rodzinną atmosferę. To, co wydaje się nam ważne, to nie tylko przywiezienie pielgrzymów do celu, ale stworzenie chrześcijańskiej atmosfery, dzięki której serca się otworzą i Pan ich dotknie. Oprócz modlitwy dajemy świadectwa i oglądamy filmy.

Na naszych pielgrzymkach wprowadziliśmy także katechezy, ponieważ niestety, wiele osób nie zna np. prawd naszej wiary, nie może więc zrozumieć jej piękna. Do tej pory Pan Bóg obdarzał nas łaską, byśmy zawsze mogli mieć przynajmniej jednego księdza jako duchową pomoc dla grupy, dzięki czemu w każdej chwili mogła się zbliżyć do Jego miłosierdzia. Tak dobry jest nasz Pan!

Jak się Pan czuje po przyjeździe do Medziugorja?

Do Medziugorja przyjeżdżamy zmęczeni podróżą. Czasami zdarza się, że nie wiemy, czego szukamy, czego potrzebujemy. Takich ludzi w tym miejscu jest wielu, pochodzą ze wszystkich stron świata, są jeszcze bardziej zmęczeni i wyczerpani niż my. Lecz dzięki pielgrzymce każdy ciężar znika z naszych serc. W Medziugorju pielgrzymi otwierają się na Bożą łaskę – takie jest doświadczenie nie tylko moje, lecz również wielu innych osób, które przywiozłem do Medziugorja. Tak się tu czujemy, zwłaszcza widząc miejscowych wiernych na Mszy świętej, na adoracji, na Górze Objawień i Križevacu. W Medziugorju odkrywamy świat modlitwy, Żywy Kościół Pielgrzymujący.

Niestety, w domach przyzwyczailiśmy się do zmęczonego Kościoła, a tutaj przeciwnie – doświadczamy Żywego Kościoła, młodego Kościoła. Jego płuca oddychają. Oddychają pełną piersią. My, zmęczeni wierni tutaj się odnawiamy. To ważne, aby powiedzieć także to, że nie robią na nas wrażenia zewnętrzne znaki, ale długie kolejki przed konfesjonałami, osoby, które nie mogą przestać płakać, doznając łaski dotknięcia przez Pana czy łaski duchowych uzdrowień.

Tutaj doświadczamy Nieba, bezgranicznego miłosierdzia naszej Niebieskiej Matki. Ona jest naprawdę żywa i obecna każdego dnia.

Wcale nie dziwi nas kiedy w trakcie powrotu do domu na twarzach pielgrzymów widzimy całkiem inny, nowy wyraz. Wracamy na nowo narodzeni, odnowieni, inni, gotowi znowu pojechać do tego miejsca łaski.

Jako młodzieniec miał Pan poważny wypadek drogowy i doświadczył Pan wielu pokus. Co mógłby Pan polecić młodzieży?

Nie chciałbym młodym ludziom wygłaszać wykładów, nie jestem do tego odpowiednią osobą . Mogę im powiedzieć, że tak jak oni, doświadczałem w życiu niepewności, szukałam wolności, chciałem doznać mocnych wrażeń.

Jednak popatrzcie: świat wzywa was i przyciąga, ale właściwie, co wam oferuje i co wam pozostawia? Zatrzymajcie się na chwilę i dajcie przynajmniej jedną szansę naszej Matce Bożej: Przyjedźcie do Medziugorja z otwartym sercem i każde swoje pragnienie, każdą wątpliwość i każdą gorycz złóżcie na ręce Niebieskiej Matki. Jestem pewien, że poczujecie, jak bierze was w Swoje delikatne, miłosiernie objęcia, co da wam prawdziwy pokój. Pokój, którego szuka każde serce.

Tylko w taki sposób doświadczycie niewyobrażalnej radości, która wypełnia serce i sprawia, że ono bije. W taki sposób nauczycie się cenić wielki Boży dar, dar życia.

Magdalena Šćepić i Jadranka Lore

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 11)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry