Uzdrowienie z uzależnienia od hazardu i alkoholu

Jako młodzieniec Arthur McCluskey miał trzy ambitne marzenia: posiadanie sportowego Mercedesa, odwiedzenie Opery w Sydney i lot samolotem Concorde. Ten Irlandczyk urodził się w miejscowości Emo w hrabstwie Laois, zrealizował te trzy marzenia i jeszcze więcej. Według kryteriów tego świata, wszystko wskazywało na to, że odnosi sukcesy w każdej dziedzinie. Był dobrze zarabiającym biznesmenem, mieszkał w luksusowym mieszkaniu w Glasgow, nie brakowało mu pieniędzy, miał wielu przyjaciół, stadninę koni wyścigowych, które wygrały ponad 30 wyścigów konnych i prowadził fascynujące życie najbogatszych ludzi.

To, czego ludzie nie widzieli, to fakt, do którego nie chciał się przyznać nawet sam przed sobą. Prawda była taka, że jest hazardzistą, który jest w stanie stracić 30 000 funtów dziennie obstawiając wyścigi konne. „Zwycięstwo podnosi poziom adrenaliny. Nie chodzi o pieniądze. Nie potrzebowałem pieniędzy. To było silniejsze ode mnie”. Jego intensywne życie towarzyskie doprowadziło do tego, że spożywał dużo alkoholu. „Z przyjaciółmi z wyścigów konnych piliśmy szampana, z przyjaciółmi z rugby piliśmy ogromne ilości piwa. Nigdy nie brakowało nam alkoholu i lubiłem sobie wypić”.

Doświadczenie wiary

To jest ironia, ale taka była prawda: Arthur nie pojechał do Medziugorja, żeby wyleczyć się ze swoich nałogów. Pojechał po prostu dlatego, że nie mógł tego uniknąć. Bowiem w czasie jakiegoś rodzinnego ślubu ktoś zaprosił go na pielgrzymkę, a on pod wpływem chwili się zgodził. Później tego pożałował i próbował jakoś się wycofać, ale zamiast zrezygnować, potwierdził, że pojedzie do Medziugorja. Kiedy krewny powiedział mu, że w Medziugorju chodzi o spowiedź i nawrócenie, odparł, że to go nie interesuje. „Jadę tam pić piwo” – oświadczył.

Na lotnisku w Dublinie zaopatrzył się w alkohol na cały tydzień, lecz pod koniec pielgrzymki okazało się, że picie już go nie interesuje.

W Medziugorju odkrył szczęście, którego nie znalazł w swoim życiu wypełnionym szampanem, piwem i hazardem. Mówi, że nawet jego najbardziej ekscytujące doświadczenia jako właściciela koni nie mogą się równać z radością, którą poczuł w sercu, gdy zrozumiał, jak bardzo Bóg go kocha. Arthur, wahający się pielgrzym, otrzymał dużo więcej, niż oczekiwał czy nawet uważał za możliwe. Został uleczony z uzależnienia od hazardu i wezwany do nowego życia i działalności charytatywnej. Teraz jest na czele organizacji, która nazywa się St. Joseph & The Helpers (Święty Józef i Pomocnicy), która walczy z biedą i pomaga osobom cierpiącym, sierotom, młodzieży i ich rodzinom w Bośni i Hercegowinie [świadectwo pochodzi z 2007 roku – uwaga redakcji]. „Kiedyś myślałem, że mam wszystko, ale teraz wiem, że nie miałem nic, ponieważ w moim życiu nie było Boga. Dzisiaj czuję się jak duchowy miliarder”.

Doświadczenie, które zmieniło życie Arthura, zaczęło się już pierwszego dnia pobytu w Medziugorju. W kawiarni rozmawiał z pewnym Irlandczykiem i usłyszał o duchowym uzdrowieniu. Irlandczyk, z którym rozmawiał, był inwalidą, ale wskazując na swoje serce, powiedział Arthurowi, że Medziugorje go uzdrowiło. Arthur nigdy nie słyszał o takim rodzaju uzdrowienia wewnętrznego i to go zaintrygowało. „Te słowa człowieka, który od ponad czterdziestu lat był sparaliżowany, wywarły na mnie głębokie wrażenie. To sprawiło, że nabrałem pokory i chciałem więcej o tym usłyszeć”.

Doświadczenie na Križevacu

Dwa dni później Arthur spotkał miłość Boga i Matki Bożej, kiedy ruszył w kierunku Góry Objawień. Idąc przez winnice po raz pierwszy po czterdziestu latach zaczął modlić się na różańcu i nie mógł przestać płakać. „Jestem byłym piłkarzem i rugbistą, to nie jest męskie tak płakać” – myślał podczas gdy łzy nieustannie spływały po jego policzkach. Szedł w kierunku Góry Objawień, ale jakiś wewnętrzny głos skierował go w stronę góry Križevac. Gdy na nią wchodził, odkrył radość, której nigdy wcześniej nie czuł w sercu. Jego serce topniało dzięki Bożej miłości i miłości Niebieskiej Matki. Po doświadczeniu tej miłości w sercu, pojawiły się nowe łzy. To były łzy radości. Następnie zbiegł z góry, aby swoje serce otworzyć na Jezusa w sakramencie spowiedzi.

Trzy dni później Arthur jeszcze raz poszedł na Križevac i gdy modlił się pod krzyżem, doświadczył czegoś wyjątkowego. „Sam, samiuteńki znalazłem się pod krzyżem. Wydawało mi się że, inni ludzie zniknęli. Schyliłem się i położyłem ręce na ołtarzu, który jest poniżej krzyża, i usłyszałem siebie, jak mówię: „Jezu, jestem Twój na zawsze”. Wydawało mi się jakby ołtarz ożył pod moimi rękami, jakbym pod rękami poczuł żywe ciało. Z krzyża usłyszałam głęboki męski głos, który modlił się nade mną i wypowiadał słowa rozgrzeszenia. Poczułem, że coś przenika całe moje ciało począwszy od nóg aż do klatki piersiowej. Wstałem zupełnie spokojny z niesamowitym uczuciem pokoju w sercu. Odmówiłem różaniec spokojnie, ciesząc się z przecudownego widoku na dolinę, w której leży Medziugorje. Moje początkowe wahanie co do Medziugorja teraz zatoczyło pełny krąg. Wydawało mi się, że doświadczam nieba na ziemi, i nie chciałem już wyjeżdżać”.

Praca humanitarna

Cztery miesiące po powrocie do Glasgow Arthur powrócił do swojej rodzinnej Irlandii, żeby troszczyć się o swoją matkę, która była już w podeszłym wieku. Spełnił obietnicę, którą jej kiedyś złożył. W trakcie podróży poczuł w sercu wezwanie, aby założyć organizację charytatywną pomagającą młodzieży. Nie wiedział, jak to zrobić, ale pół roku po powrocie do Irlandii zaproszono go, aby stał się dyrektorem organizacji Rebuild for Bosnia (Odbudowa Bośni), która miała pomagać ofiarom wojny, która szalała w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

W 2004 roku Arthur i jego medziugorscy przyjaciele założyli organizację charytatywną Święty Józef i Pomocnicy. Dzisiaj 90 % swego czasu spędza jako wolontariusz i pracuje humanitarnie, daje świadectwa na spotkaniach, w ramach wspólnot modlitewnych albo w trakcie Mszy świętych.

Ta organizacja charytatywna działa dzisiaj w Irlandii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych (www.helperscharity.com). Pomaga sierocińcom, buduje domy w Bośni i Hercegowinie, troszczy się o około 700 dzieci, młodzieży i pracowników. Organizacja Święty Józef i Pomocnicy zgromadziła setki tysięcy euro na różne projekty, współpracuje z siostrami franciszkankami przy budowie przedszkola dla 150 dzieci w mieście Kiseljak blisko Sarajewa. Budowa zaczęła się w 2005 roku, a od początku 2006 roku przyjęto już 60 dzieci. Nadal zbierane są pieniądze na dokończenie tego projektu [świadectwo pochodzi z 2007 roku – uwaga redakcji]. Organizacja finansuje także budowę domu dla osób starszych w Vionicy, gdzie zostanie umieszczone 25 małżeństw, to będą babcie i dziadkowie wojennych sierot, które straciły oboje rodziców w trakcie wojny. Wkrótce zacznie się budowa nowego sierocińca w mieście Novi Travnik dla 50 dzieci i 10 pracowników. Arthur mówi: „Czy jest lepszy sposób, żeby pokazać naszą miłość, niż pomaganie sierotom i młodzieży, którzy zostali bez rodziny i domu?”

Zaproszenie na wyjazd do Medziugorja, które prawie odrzucił, skierowało go na nietypową drogę, na której daje świadectwo o Bożej miłości poprzez modlitwę, dzielenie się historią swojego życia i poprzez liczne owoce pracy charytatywnej w organizacji Święty Józef i Pomocnicy. „Nie oczekiwałem, że sytuacja się tak rozwinie” – mówi Arthur. „Zostałem uzdrowiony ze strasznego nieszczęścia, jakim jest hazard, a pragnienie sięgnięcia po alkohol zniknęło, gdy krzyż ożył pod moimi rękami. To jest ironia, że po czterdziestu latach picia, ostatnie sześć dni kiedy spożywałem alkohol, spędziłem właśnie w Medziugorju. Ktoś tam na górze ma niezłe poczucie humoru!”

Arthur dzięki swojej działalności charytatywnej otrzymał wielki pokój oraz wiele radości. Kiedy odwiedza sierocińce w Bośni i Hercegowinie, przypomina sobie swoje wcześniejsze ekstrawaganckie życie i dziękuję Bogu za to, że może teraz pomagać dzieciom i młodzieży. „To jest jak w przypowieści o ziarnku gorczycy – wystarczy jeden, mały wysiłek z naszej strony”. W dobrych i złych dniach modlitwa daje mu siłę i na niej opiera się cała jego praca. Kiedy wieczorem kładzie się spać, mówi: „Jezu, jestem Twój na zawsze”. Powtarza te same słowa, które powiedział na górze Križevac ostatniego dnia pielgrzymki do Medziugorja w 1999 roku. To jest modlitwa, którą od tamtego czasu pragnie każdego dnia przeżywać w swoim sercu.

Świadectwo pochodzi z 2007 roku, Arthur McCluskey zmarł nieoczekiwane 13 sierpnia 2011 roku, organizacja, którą założył, nadal działa. (uwaga redakcji).

Lidija Paris

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 11)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry