Wzgórze pocieszenia i łaski

Krzyż można nosić jako ozdobę na szyi, modny dodatek albo – coraz częściej we współczesnych czasach – wytatuowany na jakieś części ciała. Spotykamy go w chrześcijańskich domach, kościołach, na skrzyżowaniach dróg. Z nim się rodzimy, a także pod nim jesteśmy chowani. Można go nieść fizycznie albo metaforycznie – cierpliwie znosząc życiowe trudności. Możemy także iść, niosąc czyjś krzyż, jak Szymon Cyrenejczyk, współodczuwając z cierpieniem, bólem i chorobą innego człowieka, albo po prostu niosąc swój krzyż. Przeżegnać się oznacza wykonać znak krzyża w imię Przenajświętszej Trójcy. Robimy znak krzyża na początku dnia, Mszy świętej, modlitwy, posiłku albo kiedy usłyszymy jakąś złą wiadomość. Z drugiej strony, często zdarza się, że stawiamy na kimś krzyżyk, albo ktoś postawi na nas krzyżyk.

Oprócz tego krzyże od dawnych czasów były wznoszone, aby oznaczyć miejsca, w których mieszkają chrześcijanie albo jako pamiątka w miejscach, w których Bóg w szczególny sposób był bliski jakiejś osobie. Wszystkie one przypominają o krzyżu Jezusa, Jego męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Krzyż, który dla jednych był zgorszeniem, dla innych jest znakiem nadziei i zbawienia. W pierwszych wiekach chrześcijanie musieli się ukrywać, do czasu kiedy cesarzowi Konstantynowi w bitwie przeciwko Maksencjuszowi w 312 roku niedaleko Rzymu ukazał się krzyż, na którym było napisane: Pod tym znakiem zwyciężysz (In hoc signus vinces). Podobno cesarz na tej podstawie doszedł do wniosku, że zwyciężył dzięki chrześcijańskiemu Bogu i to zachęciło go do tego, aby stał się chrześcijaninem. Następnego roku wydał edykt mediolański, w którym chrześcijaństwo ogłosił równoprawną religią w Cesarstwie Rzymskim.

Dzięki temu cesarz Konstantyn krzyż – będący wcześniej znakiem poniżenia i haniebnej śmierci w Cesarstwie Rzymskim – uczynił znakiem wyróżnienia w życiu publicznym, a chrześcijaństwo stało się cesarską religią. Na wspomnienie tego wydarzenia wprowadzono święto Podwyższenia Świętego Krzyża, które obchodzi się 14 września.

Medziugorski krzyż

Nie podejrzewając, jakie wydarzenia nastąpią około 50. lat później, w 1933 roku medziugorscy parafianie wznieśli ze swoim proboszczem krzyż na wzgórzu Šipovac, dzisiaj znanym pod nazwą Križevac, aby uczcić 1900 rocznicę śmierci Jezusa. Na znak pamięci na krzyżu z jednej strony umieszczono napis: 33-1933, a z drugiej strony wyryto: Jezusowi Chrystusowi, Odkupicielowi rodzaju ludzkiego na znak swojej wiary, na pamiątkę 1900 rocznicy Męki Chrystusowej. U podnóża krzyża zostało umieszczone wezwanie: Od wszelkiego zła uwolnij nas Jezu!

Dzisiaj Križevac jest tylko jednym z miejsc, które w medziugorskim sanktuarium odwiedzają liczni pielgrzymi. Góra Objawień jest szczególną perłą, ale Križevac jest wzgórzem, które w szczególny sposób wywołuje nabożną cześć i daje nadzieję. Na drodze prowadzącej do Medziugorja jest on niczym znak, za którym trzeba podążać. Niczym jutrzenka na sklepieniu niebieskim wita on nie tylko mieszkańców Medziugorja, ale także wszystkich pielgrzymów. Im dalej jesteśmy od niego, tym bardziej nas wzywa. Można go jakoś przeczuć i zobaczyć sercem. Gdy ujrzy Križevac pielgrzym, wie, że jest w pobliżu swojego celu, a parafianin – blisko domu bez względu na to, z jakiej części świata przyjeżdża. A później – jakby dział się jakiś cud: gdy znajdziemy się u stóp wzgórza, krzyż znika.

Miejsce pełne krzyży

Po raz pierwszy usłyszałem o Križevacu pod koniec lat osiemdziesiątych, miałem wtedy zaledwie 15 lat. Myślałem, że jest to wzgórze pełne krzyży i jakichś znaków, które pielgrzymi na nim zostawiają. Wyobrażałem sobie, że każdy, kto przyjeżdża do Medziugorja, musi na tym wzgórzu zostawić jakiś swój krzyż przywieziony z domu. Zanim wyruszyłem na pielgrzymkę, nikt o tym nic nie mówił, a ja zastanawiałem się, jak się odnajdę i z gałązek zrobię krzyżyk, o ile pozostali będą mieli swoje. Było dla mnie logiczne, że na takim wzgórzu zostawia się krzyże, ponieważ sama nazwa na to wskazuje.

Kiedy dotarliśmy do podnóża Križevaca byłem zdziwiony. Mnóstwo ludzi, ale nikt nic nie niósł w rękach, oprócz różańca. Pomyślałem: to dobrze, że nic ze sobą nie zabrałem. Wstydziłbym się, gdybym w rękach miał jakiś drewniany krzyż. Zaczęliśmy się powoli wspinać i wtedy zrozumiałem, że przy całej trasie są ustawione stacje drogi krzyżowej. Wtedy domyśliłem się, że to wzgórze jest trochę podobne do kalwarii i że idąc, ludzie próbują wczuć się w cierpienie Jezusa, a krzyż nie musi być materialny, lecz może być tym, który niesiemy w duszy.

Powoli szliśmy w górę. Kamienie były ostre niczym ludzki język, który jest gotowy wszystko „ogolić”, niczym nowe nożyki w maszynce. Który nie ma litości ani dla siebie ani dla innych. Z drugiej strony krzaki były kłujące. Zamiast przydać się we wspinaczce, byśmy się mogli ich przytrzymać i łatwiej wchodzić, one raniły ręce. Ciernie były niczym ostrze klinów, które regularnie sobie nawzajem wbijamy. Zrozumiałem, że Križevac to miejsce oczyszczenia i samotności. Wzgórze, które wzbudza równocześnie strach i podziw, zachęca człowieka, aby wrócił do siebie. Każdy krok na nim jest połączony z cierpieniem, poszukiwaniem i błogosławionym powrotem do siebie.

Kto czyta Bogu modlitwy?

Kiedy wspięliśmy się na Križevac, fascynowały mnie modlitwy i imiona wypisane u podnóża krzyża. Mnóstwo modlitw było wetkniętych w pęknięcia i w taki sposób były jakby trochę bliżej Boga. Ludzie zostawiali je tutaj z nadzieją, że Bóg prędzej ich wysłucha, że pomoże ich bliźnim, że pocieszeni wrócą do domu bez względu na to, że nic innego się nie zmieni. Wówczas zacząłem się zastanawiać: Kto czyta Bogu modlitwy? W pierwszym odruchu pomyślałem, że to musi być ktoś, kto wszystkie te modlitwy zbiera do jakiegoś koszyka, a później siada na pobliskim kamieniu i czyta je na głos. Lecz nie widziałem ani jednego księdza, ani jednej zakonnicy, aby chodzili wkoło i zbierali te modlitwy.

U podnóża krzyża zrozumiałem, że ten biały, ogołocony z ciała Chrystusa krzyż po prostu wszystkie nasze minusy w życiu zamienia w jeden wielki plus w niebie. Jego biel wzbudza strach i podziw, to jest porównywalne ze wspinaczką Mojżesza na górę Horeb. Miejsce jest święte, ponieważ jest uświęcone modlitwą i ludzkim poszukiwaniem Boga. Cierpieniem, które miliony ludzi zachęciło, aby wspinali się na Križevac ze swoimi krzyżami i krzyżykami. Ludzkie stopy, niczym matczyne ręce, zamieniły twarde ściany w łagodny kamień. Kamień, który jest wygładzony ludzką ofiarą i modlitwą, ponieważ o niego codziennie ociera się ludzkie cierpienie, ból i słabość. Dlatego z czasem stał się delikatny i łagodny niczym ręce matki, ale dalej ma bruzdy, aby mógł przyjąć każdą stopę. Jest wygładzony przez ludzką niemoc i cierpienie, oczyszczony przez wiatr i słońce, deszcz i łzy. To jest kamień, który wzbudza strach i podziw oraz przypomina człowieka. Jest wystarczająco surowy, aby zmierzyć się z ludzkimi słabościami i pokazać, że wspinanie się nie jest w żaden sposób łatwe, że poświęcenie nie jest małe, ani cierpienie, które ludzie niosą na górę. Z drugiej strony przy każdej wspinaczce człowiek sam musi się uniżyć, ugiąć plecy, aby mógł się ponownie podnieść ze swoich grzechów i słabości, z własnej męki i niemocy, ciężarów, które go przytłaczają i cierpienia, które go przezwycięża.

Po kilku godzinach na wzgórzu zgromadziło się mnóstwo ludzi, księża zaczęli odprawiać Mszę świętą, ponieważ było święto Podwyższenia Świętego Krzyża. W jakiś cudowny sposób wyobraziłem sobie, że właśnie franciszkanie czytają Bogu modlitwy raz do roku, kiedy odprawiają mszę pod krzyżem. Ale już tego nie usłyszałem, ponieważ natychmiast po Mszy świętej musieliśmy zejść ze wzgórza i ruszyć do domu.

W drodze powrotnej rozmyślałem o tym, jakie szczęście mają osoby mieszkające w Medziugorju. One codziennie patrzą na Križevac, jak tylko jest im ciężko, mogą się na niego wspiąć, aby było im lżej. Wiem, jak mi było łatwo po tej wspinaczce, gdy z moich ramion został zdjęty ciężar. Po prostu jakby kamienny blok odpadł z serca i pozostał na szczycie pod białym krzyżem. Zastanawiałem się, ile razy w tygodniu oni wspinają się na sam szczyt? Czy jest im łatwiej po każdej nowej wspinaczce, czy już zapomnieli, co mają przed domem? Może nie są nawet świadomi tego, że ze swojego podwórka patrzą na wzgórze pocieszenia i łaski, ponieważ szybko się przyzwyczajamy i coś wyjątkowego staje się dla nas zwykłe, codzienne. Może lepiej traktujemy cudze dobro i nie potrafimy przeżywać własnego?

Łaska jest nam darowana i nie wiem, na ile jesteśmy gotowi ją przyjąć. Może przyjmujemy ją jak tabletki, w dokładnie określonych dawkach i zgodnie z zaleceniami po spowiedzi, tylko wtedy, kiedy nie mamy innego wyjścia albo po prostu nią żyjemy.

Jaki jest krzyż, który niesiesz? Czy nosisz go ukrytego na szyi tak, aby inni go nie widzieli, czy jest wielki, złoty, na specjalne okazje? Czy może nosisz swój krzyż na plecach albo wytatuowany na jakiejś części ciała? Czy kiedykolwiek się zastanawiałeś, co oznacza krzyż? Albo czy tylko zatrzymujesz się pod krzyżem? Czy wierzysz w to, co następuje po krzyżu? Nie wszystko sprowadza się do cierpienia. Trzeba nauczyć się dzielić naszymi klęskami i życiowymi cierpieniami z Bogiem, ponieważ wtedy krzyż otrzymuje swój drugi sens. On nie jest tylko ciężką belką, która przyciska nas do ziemi, lecz staje się niczym most, który pomaga nam przejść nad przepaścią.

o. Zvonko Benković OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 12)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry