Z głowy do serca

Modlitwa jest czynem całego człowieka. Dotyczy ciała i duszy. Zdolności zarówno fizycznych, jak i umysłowych. Do uczestnictwa w modlitwie zaproszony jest rozum tworzący myśli i obrazy, ale także usta wypowiadające słowa, ręce otwierające się we wdzięczności i ufności, które składamy gorliwie prosząc, także nogi, które potrafią klęczeć, podnieść się, chodzić, stać, ale także wszystkie zmysły jak wzrok, słuch, dotyk smak i węch.

Tymczasem niektórzy ludzie w trakcie modlitwy pozostają tylko na pierwszym poziomie – najczęściej na poziomie „głowy”. Rozum jako taki jest Bożym darem, a także ważnym elementem w modlitwie, lecz dzięki rozumowi aktywna jest tylko działalność rozumowania odpowiadająca za myśli, wspomnienia i opinie, dzięki niej analizujemy rzeczywistość i tworzymy nasze wyobrażenia o Bogu, sobie i innych ludziach. Modlitwa na tym poziomie jest prawidłowa, lecz nie wyczerpuje wszystkich ludzkich możliwości, ponieważ istnieją jeszcze inne poziomy świadomości, dużo głębsze od poziomu, na którym się znajdujemy, kiedy modlimy się tylko „głową”.

„Człowiek, kiedy śni, uważa, że to jest jedyny poziom świadomości, jaki istnieje. We śnie człowiek lata, przechodzi przez ściany, w tym samym czasie jest w różnych miejscach i tak dalej. Dopóki człowiek śni, jest przekonany, że to jest jedyny poziom rzeczywistości. Dopiero po przebudzeniu dochodzi do wniosku, że śnił i istnieje jeszcze jeden poziom świadomości, to znaczy, poziom dziennej świadomości. Na tym poziomie jesteśmy tutaj, czytamy, piszemy, pracujemy, myślimy planujemy. Tymczasem kto myśli, że ten poziom jest jedynym, żyje w takim samym błędnym przekonaniu jak ten, kto w czasie snu jest przekonany, że poziom snu jest jedynym możliwym poziomem. Obok, czyli pod poziomem świadomości, na którym się znajdujemy w ciągu dnia albo „świadomości Ja”, istnieją inne poziomy, a wśród nich także ten, który pragniemy nazywać poziomem doświadczenia mistycznego”. (o. Mladen Herceg)

Modlitwę, która obejmuje całego człowieka, nazywamy modlitwą sercem. Osiąga się ją przez wzrost. W modlitwie sercem ważne są zewnętrzne czyny, ale ich wykonanie – choćby nie wiem jak poprawne – nie jest ostatecznym celem. Skoncentrowanie się na wnętrzu jest dużo ważniejsze. Słowa są ważne, ale jeszcze ważniejsze jest milczenie, czyli słuchanie i wnikanie w to, dokąd kierują nas te słowa.

Przykładem modlitwy, w której się nie wzrasta, jest modlitwa faryzeusza w świątyni: „Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam” (Łk 18,11-12). I choć modli się i czyni wszystko poprawnie, jego „głowa” pozostaje na powierzchni, jego spojrzenie pozostaje na powierzchni, nie sięga dalej niż grzechy innych ludzi, własne uczynki. To do niego odnosi się Boża krytyka, którą Jezus przejął od Izajasza „Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie” (Mt 15,8).

Przykładem modlitwy, w której się wzrasta, jest modlitwa celnika. „Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18,13). Celnik wzrasta w modlitwie, ponieważ się „nie wywyższa”, nie szuka cudzych grzechów, ani pochwał za swoje własne dzieła, lecz jest uniżony, koncentruje się na sobie i zstępuje do własnego serca.

Wzrastanie w modlitwie – w modlitwie sercem – nie polega na powiększaniu, lecz na pomniejszaniu, nie ma na celu gromadzenia (zwłaszcza wiedzy), lecz coraz większe wyzwalanie. Podstawowy kierunek wzrostu w modlitwie sercem bierze swój początek na zewnątrz, aż do zejścia w głąb: od zewnętrznych uczynków do wewnętrznego przeżywania.

Kluczowy moment – czy modlitwa pozostanie tylko zewnętrzna, czy jednak nastąpi zejście do głębi własnej istoty – zależy od tego, czy jesteśmy otwarci: „Dzieci, otwórzcie serca głęboko na modlitwę sercem” (orędzie z 25 listopada 2013 roku). Gdy serce się otworzy, po zejściu następuje spojrzenie: „wzywam was, abyście spojrzeli w głąb waszych serc” (orędzie z 25 stycznia 2002 roku).

Dopiero kiedy doświadczymy zejścia w głąb własnej istoty, zrozumiemy, że: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. (Antoine de Saint Exupery).

Nam jednak łatwiej pozostawać na zewnątrz, tzn. na powierzchni i przy czymś znanym, niż skierować się do wnętrza, czyli do głębi i poznać coś nieznanego. O tym mówi nam Matka Boża ze swojego własnego doświadczenia z nami: „Latami wzywam was i zachęcam do głębokiego życia duchowego w prostocie, a wy jesteście tacy zimni” (orędzie z 25 grudnia 1989 roku).

Jednym z obrazów „schodzenia” w modlitwie sercem jest morze. Morska powierzchnia z falami jest obrazem niepokoju i niepewności, strachu, roztrzęsienia, a to jest stan naszej modlitwy, która pozostaje skoncentrowana na tym, co zewnętrzne i powierzchowne. Im bardziej modlimy się sercem, tym nasza modlitwa jest głębsza i tym samym – podobnie jak przy „schodzeniu” w głąb morza –doświadczamy głębszego pokoju.

Do głębi własnej istoty, a tym samym modlitwy sercem, nie „schodzimy” swoimi siłami. W modlitwie sercem nie jest ważne, co jesteśmy w stanie sami uczynić, tylko Boże działanie. Nie chodzi o to, abyśmy wpływali na Boga, abyśmy Go naszymi modlitwami „zmusili” do zmiany Jego woli, lecz o pozwolenie Bogu, aby działał w nas: „Dzisiaj wzywam was do pełnego oddania się Bogu. Wszystko, co czynicie i co posiadacie, dajcie Bogu […] W ten sposób Bóg może przeze mnie prowadzić was w głębię życia duchowego” (orędzie z 25 lipca 1988 roku)

Modlitwa sercem jest wejściem do naszej „izdebki” (Mt 6,5). To jest wejście „do wewnętrznej komnaty, w której przebywa Bóg w sercu zamku duszy” [tłumaczenie z chorwackiego], jak opisuje to Teresa z Ávili, czy „do celi wewnętrznej”, jak tego doświadczyła Katarzyna ze Sieny, względnie „do najgłębszego centrum duszy”, o czym świadectwo dał Jan od Krzyża.

Celem wzrostu w modlitwie sercem jest Bóg. „Drogie dzieci, wzrastajcie z dnia na dzień w modlitwie, żeby być bliżej Boga” (orędzie z 25 września 1987 roku). A ku Bogu wzrasta się poprzez zejście do głębi własnego serca. To jest właściwy kierunek, by spotkać Boga. „Modlić się, to znaczy zejść z [poziomu] rozumu do serca i tam przebywać przed obliczem zawsze obecnego i wszechwiedzącego Pana, który w tobie mieszka” [tłumaczenie z chorwackiego] – rosyjski mistyk Teofan Pustelnik. Tutaj spotykamy się z Bożą obecnością, której doświadczył św. Augustyn: „Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna, a tak nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się po świecie błąkałem i tam szukałem Ciebie, bezładnie chwytając rzeczy piękne, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą”. Po doświadczeniu Bożej obecności Teresa z Ávili pisze: „Gdybym wówczas była znała tę prawdę, tak jak dzisiaj ją znam, że w tym małym pałacu duszy mojej mieszka tak wielki Król, pewnie nie byłabym Cię tak często zostawiała samego, lecz przynajmniej niekiedy dotrzymywałabym Ci towarzystwa i byłabym pilniej starała się o to, by Cię nie obrażać”.

W odróżnieniu od modlitwy „głową”, w której działa nasz rozum, w której „my” jesteśmy aktywni, w której niczym faryzeusze w świątyni stwarzamy, „koloryzujemy” rzeczywistość dostosowując ją do nas i naszych myśli, w modlitwie sercem coraz bardziej zdajemy się na Boże działanie. Mowa o coraz większej odbiorczej działalności, w której najważniejsze jest słuchanie i przyjmowanie.

Ktoś może pomyśleć, że w takiej modlitwie chodzi o bycie biernym i lenistwo. Nasze „nieczynienie” w modlitwie nie jest jednak lenistwem, lecz coraz większym oddaniem się Bogu. Wszystko, co czynimy, służy większemu własnemu „nieczynieniu”, co oznacza coraz większe oddawanie się Bogu. Mówi o tym doświadczenie Maryi: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1,38).

Może to jest powód, dlaczego Królowa Pokoju wzywa nas, abyśmy się otwarli na Boga tak jak kwiat otwiera się na słońce, ponieważ kwiat nic nie czyni. Słońce działa, a w kwiecie dochodzi do zmian. Może dzięki ćwiczeniu nas w coraz większym nieczynieniu i zdawaniu się na Boga wzywa nas także do adoracji. Monstrancja, w której centrum znajduje się Jezus, jest w kształcie słońca. Adorować Jezusa oznacza otwierać się na słońce, które „wschodzi nad złymi i nad dobrymi” (Mt 5,45).

Najpiękniejszy przykład modlitwy sercem daje Maryja, która nigdy nie pozostaje na poziomie „głowy”, rozważając: jak to będzie? dlaczego nam to uczyniłeś?, ale schodzi do serca, do głębi swojej istoty i tu ponownie spotyka się z tym co, do Niej zostało powiedziane: „Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2,19). „A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu” (Łk 2,51). Z tej, która do wydarzeń podchodziła ze swojej strony (posługując się swoimi myślami i zdając się na swoje podejście) Maryja staje się tą, która przyjmuje słowa z drugiej strony („Nie bój się, Maryjo”). Z tej, która mówi swoimi słowami staje się tą, która słucha słów innych. Miejsce spotkania tych słów, myśli i wydarzeń jest umiejscowione teraz na głębszym poziomie – w sercu Maryi.

Zejście z poziomu „głowy” do głębi własnej istoty jest konieczne, byśmy mogli porzucić to, co zewnętrzne: niepokój, powierzchowność (wystawanie w synagogach i na rogach ulic, żeby się ludziom pokazać). Ważne, byśmy weszli do naszej izdebki, zamknęli drzwi i modlili się do Ojca, który jest w ukryciu i który widzi w ukryciu (zob. Mt 6,5-6). Lecz to nie oznacza, że modlitwa sercem, to wejście do naszej izdebki – do głębi naszej istoty, nie może i nie powinna mieć miejsca w synagogach i na rogach ulic, w kościele, na łące czy w jakimś pokoju rodzinnego domu rodzinnym. Jest wręcz przeciwnie!

o. Marinko Šakota OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 13)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry