Znak nadziei – wspólnota Cenacolo

O. Slavko Barbarić i siostra Elvira Petrozzi odnaleźli sami w sobie, jak i tutaj w Medziugorju, siłę miłości Matki Bożej i siłę matczynej miłości; siłę kobiety, która w swoich darach jest najbliższa Bogu dlatego, że jest wezwana do tego, by rodzić, chronić i wychowywać życie. Tylko życie we wspólnocie i miłości może sprawić, że nasze dusze, niczym zranione perły, właśnie w swoim zranieniu odnajdą Boże piękno. Opowieść o siostrze Elvirze i wspólnocie Cenacolo jest właśnie historią o wyjmowaniu „zranionych pereł” z błota grzechu i śmierci. Droga przez wspólnotę zaczyna się od stanięcia w świetle Bożej miłości, a następnie procesem, w którym „zraniona perła” – w świetle Bożej miłości – właśnie dzięki swoim niepowtarzalnym i wyjątkowym pęknięciom, odnajduje niezwykłą oryginalność i piękno Bożych promieni życia.

W poszukiwaniu nowej jakości życia

Odczuwając potrzebę, aby poświęcić swoje życie trudnej młodzieży, siostra Elvira Petrozzi w lipcu 1983 roku, po długich latach czekania i modlitwy, założyła wspólnotę Cenacolo. „Dom Matka” wspólnoty, niegdysiejszy opuszczony dom odstąpiony przez gminę bezpłatnie, w którym wspólnota zaczęła swą działalność, znajduje się na wzgórzach Saluzzo – miasteczka w Piemoncie, we Włoszech.

Matka Elvira początkowo chciała otworzyć tylko jeden dom, ale jak to zwykle bywa, plany Boże są większe od ludzkich: młodzi ludzie przybywali ze wszystkich stron i prosili o przyjęcie, ponieważ pragnęli rozpocząć nowe życie. I tak w ciągu lat domy wspólnoty Cenacolo, zwane bractwami, mnożyły się: najpierw we Włoszech, potem w Europie, a w końcu na całym świecie. Aktualnie istnieje 60 bractw w 18 państwach (Włochy 21, Austria 1, Bośnia i Hercegowina 2, Chorwacja 8, Francja 4, Anglia 1, Irlandia 1, Polska 3, Portugalia 1, Słowenia 1, Słowacja 1, Hiszpania 2, USA 4, Argentyna 2, Brazylia 5, Meksyk 1, Peru 2, Afryka – Liberia 1).

Do wielu europejskich bractw oraz tych w Stanach Zjednoczonych Ameryki przyjmuje się głównie chłopaków i dziewczyny borykających się z nałogami i proponuje im się nowe życie poprzez poznawanie pracy, wiary, modlitwy, a wszystko to w przyjacielskiej atmosferze. Na misjach, które członkowie wspólnoty otworzyli w Brazylii, Meksyku i na Dominikanie, przyjmowane są głównie dzieci z ulicy i udziela im się tam wszelkiej pomocy.

Dzisiaj siostrze Elvirze w wprowadzeniu i pomaganiu tym młodym zmęczonym, rozczarowanym uzależnionym i nieuzależnionym ludziom, by odnaleźli radość i prawdziwy sens życia, pomagają wolontariusze, przyjaciele, osoby konsekrowane (księża we wspólnocie i siostry Zmartwychwstanki), rodziny oraz rodzice. Wszyscy oni nieprzerwanie i bezpłatnie działają w służbie wspólnoty – tego Bożego dzieła.

Pukającym do drzwi wspólnoty proponuje się prosty, rodzinny sposób życia, ponownie odkrywający pracę jako dar, szczerą przyjaźń i wiarę w Słowo Boże – wcielone w Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał dla nas.

Biskup Saluzzo Diego Bona 30 maja 1998 roku uznał, a w 2001 roku potwierdził, że wspólnota Cenacolo jest „prywatnym stowarzyszeniem wiernych”.

Wspólnota w Medziugorju

O początkach wspólnoty Cenacolo w Medziugorju w 1985 i 1986 roku, po pielgrzymowaniu tam, siostra Elvira mówi tak: Dlaczego tak chętnie tu przyjeżdżam i co mnie tutaj zatrzymało oraz zachęciło do tego, aby w wiosce Bijakovići założyć dom dla byłych uzależnionych? Chodzi przede wszystkim o fakt, że modlitwa każdego mojego podopiecznego i całej naszej wspólnoty tutaj stała się silniejsza i głębsza. Tutaj wzmocniliśmy ducha modlitwy i zaczęliśmy więcej i w sposób bardziej skupiony czytać Pismo Święte. Widzieliśmy wielkie zmiany na lepsze we wszystkich podopiecznych. Pomimo problemów z policją, wszyscy doszliśmy do wniosku, że w Medziugorju odnaleźliśmy nową ziemię, duchowe sanatorium dla osób uzależnionych. A jak mogło być inaczej, kiedy z nami jest nasza Niebieska Matka, której obecność tak silnie odczuwamy! Dlatego nie dziwi, że nasi podopieczni – młodzi ludzie po prostu nie chcą stąd wyjeżdżać, oni silnie tęsknią za Bogiem, a tutaj tę tęsknotę zaspokajają pełniej niż gdzie indziej. Muszę przyznać, że właśnie tutaj szybciej otrzymują motywację do leczenia i dlatego też szybciej zdrowieją.

W Medziugorju wspólnota otwarła dwa bractwa: w 1991 roku dom dla chłopców, który nosi nazwę „Pole życia”, a w 2000 roku dom dla dziewczyn „Pole radości”.

Młodzi chłopcy i dziewczyny chętnie przyjmują w nich pielgrzymów i dają świadectwo swojej wiary i chrześcijańskiego życia, które w swojej pełni jest prawdziwą odpowiedzią na ludzki niepokój. Mówią, że nikt lepiej niż Bóg Ojciec, który stworzył człowieka nie może uzdrowić urażonego i zagubionego serca, nie może uratować człowieka prowadzącego życie, w którym brakuje sensu.

Jedna „Szkoła życia”
Jedna „Wielka rodzina”

Wspólnota nie chce być tylko miejscem powrotu do zdrowia i opieki, lecz także szkołą życia, jedną wielką rodziną, w której przyjęta osoba może poczuć się jak w domu i w ten sposób odnaleźć własną godność, uzdrowienie ran i pragnienie, by kochać.

Tym, którzy pukają do drzwi, wspólnota proponuje prosty i rodzinny sposób życia; bezpłatna akceptacja jako znak prawdziwej miłości; szczera przyjaźń jako fundament relacji międzyludzkich; odkrywanie pracy, którą przeżywa się jako dar i możliwość dojrzewania do życiowej odpowiedzialności; modlitwa i wiara w Jezusa Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał dla nas jako odpowiedź na potrzeby niezmierzonej miłości mieszkającej w ludzkim sercu. Wszyscy członkowie wspólnoty Cenacolo wierzą, że życie chrześcijańskie w swojej pełni jest prawdziwą odpowiedzią na wszelkie niepokoje serca i że tylko Ten, który stworzył, może uzdrowić jego serce kiedy człowiek jest zraniony doświadczeniami, kiedy został oszukany, zwiedziony i rozczarowany.

Siła miłości

Prawdziwą siłą wspólnoty pragnie być miłość, która znajduje swój wyraz w bezpłatnym przyjmowaniu, radosnej służbie, szczerym dzieleniu się i wymagającym wychowaniu. Miłość, która rodzi się z krzyża Jezusa Chrystusa, która „więźniom głosi wolność, a niewidomym przejrzenie; uciśnionych odsyła wolnymi”.

Żyjemy od samego początku ufając Bożej Opatrzności, która wyraża się poprzez nasz codzienny trud, poprzez małe i wielkie dzieła dobroci, wielkoduszności wielu osób, które wierzą w to, co robimy.

Świadectwa

Đana (Bośnia i Hercegowina)

Nazywam się Đana, jestem z Bośni i Hercegowiny. Moja historia zaczęła się w następujący sposób: zostałam bez ojca i myślę, że to bardzo wpłynęło na mnie i na moje dorastanie. Czułam się mniej warta i bałam się, że inni mnie nie zaakceptują. Dlatego już jako dziecko starałam się być we wszystkim najlepsza i być kimś, kim nie byłam – kimś innym. Ponieważ nie za bardzo siebie kochałam, nie akceptowałam moich porażek. Każdą porażkę przeżywałam jako jeszcze jedno rozczarowanie. Największe rozczarowanie przyszło, gdy zaczęła się wojna i wszystko to, co wojna ze sobą niesie. Rozczarowanie nie miało końca… Byłam rozczarowana życiem, ludźmi i Bogiem.

Naprawdę trudno było uwierzyć, że opłaca się walczyć o dobro. Nie widziałam sensu cierpienia, więc nie akceptowałam go wybierając zawsze drogę najmniejszego oporu. Nigdy nie potrafiłam zmierzyć się z rzeczywistością i trudnościami. Zawsze szukałam łatwiejszego sposobu i szybko odnalazłam go w świecie narkotyków. Uwierzyłam, że tutaj odnajdę rozwiązanie wszystkiego tego, co mnie męczy. Myślałam, że dzięki narkotykom mogę wszystko. Przez wiele lat nie chciałam przyznać, że mam problem, że potrzebuję pomocy. Wpadłam w pułapkę zła i nie mogłam już z niej wyjść. Narkotyki odebrały mi wszystko: godność, wolność… One odebrały mi życie.

Dzięki znajomym dowiedziałam się o wspólnocie Cenacolo. Nie było mi łatwo przyznać się do tego, że potrzebuję wspólnoty, ale nie miałam już wyjścia, nie miałam też sił do walki. Pamiętam, jak trudne było dla mnie zrozumienie i dostosowanie się do nowego stylu życia. Nie wiedziałam nawet, co to jest Eucharystia. Obserwowałam dziewczyny, jak na kolanach modlą się przed Przenajświętszym Sakramentem i myślałam, że coś jest z nimi nie w porządku. Lecz z drugiej strony od pierwszego dnia spotykałam Boga Żywego na każdym kroku, w każdym uczynku i każdym spojrzeniu, choć wówczas nie byłam tego świadoma. Bóg do mnie przemawiał przez dziewczyny i ich przyjaźń. Przyjęły mnie taką, jaką jestem, nie chcąc nic w zamian.

Tak zaczęła się powoli moja droga nawrócenia. Przede wszystkim nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy. Odkryłam, że prawdziwe szczęście jest w dawaniu siebie. Zrozumiałam, dlaczego warto walczyć o dobro, że za każdym razem kiedy pokonam zło, czuję się szczęśliwa i spełniona. I co najważniejsze, wszystko zaczęło nabierać sensu, każde cierpienie, każdy krzyż… Kiedy rozmawiam z dziewczynami, często mówię, że musimy kochać nasz krzyż i cierpienie, ponieważ wtedy jesteśmy najbliższe Bogu. Z pewnością nie zawsze jest łatwo i prosto, ale w tym tkwi piękno – walka i obserwowanie rzeczy oczami wiary, która jest największym darem, który otrzymałam. Co jeszcze mogę powiedzieć? Dziękuję Bogu, wspólnocie, mojej rodzinie i wszystkim, którzy mi pomagają, bym wytrwała na drodze dobra!

Philipp (Austria)

Nazywam się Philipp i pochodzę z Austrii. Jako dziecko byłem dość energiczny i wesoły, przynajmniej do momentu kiedy zacząłem rozumieć, że coś jest nie w porządku z moją rodziną. Byłem bardzo przywiązany do starszego brata i siostry, ale oni też nie mogli mi wyjaśnić, dlaczego nasi rodzice cały czas się kłócą. Pomimo tego, że robiliśmy wspólnie różne piękne rzeczy, zawsze wiedziałem, że po radości i wspólnocie nastąpią prędzej czy później złość, krzyki i oskarżenia. Mój brat nie mógł tego dłużej wytrzymać i odszedł w domu, a krótko po nim ja także musiałem opuścić dom z mamą i siostrą. Miałem 5 lat, kiedy moi rodzice się rozstali i powiedziałbym, że wtedy powstały rany, które później zaprowadziły mnie do narkotyków. Zacząłem być nieszczery w stosunku do innych, udawałem, że nic się nie stało, aby moje cierpienie nie było dodatkowym ciężarem dla mojej mamy, która bardzo się denerwowała. W szkole i wśród przyjaciół dużo kłamałem, żeby zamaskować to, co naprawdę przeżywałem, ponieważ było mi wstyd. Kiedy moja mama ponownie wyszła za mąż, nie udało mi się zaakceptować ojczyma jako nowego taty. Kradłem mu pieniądze, żeby kupić zabawki i słodycze dla przyjaciół. Wszyscy mieli sytuację podobną do mojej i może to nas jakoś jednoczyło. Zacząłem palić w wieku 11 lat, a w wieku 14 lat codziennie piłem, aż nadszedł dzień kiedy nie mogłem już powiedzieć „nie” narkotykom i wypaliłem pierwszego jointa. W kolejnych latach doświadczyłem wszelkich przejawów zła. Wszyscy tak robili, a ja tak bardzo chciałem uciec od mojego smutku, że wolałem przenieść się do fałszywego świata imprez i przygód, gdzie się okłamywaliśmy, że jesteśmy jedną rodziną bez problemów, a byliśmy w rzeczywistości rodziną desperatów. Chodziłem do szkoły hotelarskiej, podróżowałem po Europie, pracowałem w restauracjach i barach, byłem otoczony alkoholem i narkotykami, zarabiałem dużo pieniędzy i coraz więcej wydawałem. Lecz pewnego dnia obudziłem się z koszmaru zła, widząc, że niczym niewolnik mam kryzys i nie mogę już żyć bez narkotyków. Moje towarzystwo się rozsypało, wszyscy po kolei odeszli. Zacząłem mieć coraz więcej długów i byłem uzależniony od heroiny. Straciłem dziewczynę, pracę, samochód i wszystkie rzeczy materialne, dzięki którym czułem, że jestem królem. Zostałem sam. Później były lata terapii, leczenia psychiatrycznego, wizyt u psychiatrów, psychologów, upadków i powrotów do narkotyków. Musiałem przestać, ale w swoim wnętrzu nie chciałem, ponieważ, jak mi się wydawało, narkotyki to była jedyna rzecz, która daje mi pewność i niesie pocieszenie w moim pustym wewnętrznym świecie – zniszczonym i opuszczonym. Tak bardzo chciałem pokonać tę wewnętrzną samotność, że wolałem umrzeć, niż dalej cierpieć w życiu pozbawionym sensu i nadziei. Gdy zostałem zatrzymany i odwieziony na oddział psychiatryczny, pewnego dnia odwiedziła mnie moja mama, żeby opowiedzieć mi o wspólnocie Nie miałem już nic do stracenia, dlatego poszedłem spotkać się z chłopakami Matki Elwiry. Po pierwszej rozmowie rozpłakałem się, byłem niemal martwy, nie wiedziałem już, co mam robić. I właśnie w tym najgorszym momencie mojego życia poznałem kogoś, kto mnie słucha, rozumie, uśmiecha się do mnie i mówi mi: „Nie martw się, tobie też się uda!” Początek mojej drogi w żaden sposób nie był łatwy ani dla mnie, ani dla moich Aniołów Stróży – chłopaków, którzy troszczyli się o mnie. Zadręczałem ich swoją dumą i moimi błędnymi przekonaniami. Pomimo wszystkich moich słabości chcieli mojego dobra, uczyli mnie, jak żyć, a także, jak się modlić. Dzięki relacji z Bogiem zrozumiałem, że już nie muszę pokazywać innym tego, kim nie jestem. Nie było ważne to, kim uważałam, że jestem ani co inni o mnie myśleli, ale to, kim naprawdę jestem. Ten Bóg, który mnie stworzył, poznał mnie i kochał od początku takim, jakim naprawdę jestem. Dzięki prostocie codziennego życia zrozumiałem, jak mało potrzeba do szczęścia! Pocieszeniem było dla mnie odkrycie, że już nie muszę sam mierzyć się z życiowymi trudnościami, bo inni męczą się i walczą każdego dnia niczym ja, aby móc iść do przodu i robić postępy. Ponownie odkryłem dar dobrze wykonanej pracy, dobrego posiłku razem z moją nową rodziną, radość grania w piłkę nożną. Ponownie odkryłem te małe radości, których doświadczałem jako dziecko. Zrozumiałem, że nie mogę kupić istotnych wartości, że w poświęceniu się dla innych, w dzieleniu się uśmiechem, przytulaniu kogoś, oferowaniu komuś szczerej przyjaźni odnajduję więcej radości niż w jakikolwiek rzeczy materialnej: im więcej dajesz miłości, tym więcej otrzymujesz radości! W przyjaźni z Jezusem odnalazłem wszystko to, czego od zawsze oczekiwałam od przyjaciela. On istnieje, kocha mnie, nigdy mnie nie zostawi, a to mi daje spokój jakiego nigdy wcześniej nie czułem. Dzisiaj jestem szczęśliwym chłopakiem, ponieważ dzięki Cenacolo moje życie ruszyło w dobrym kierunku. W sercu noszę nadzieję i mocno wierzę, że Bóg także dla mnie ma jakiś wspaniały plan!

Paula Tomić

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 13)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry