Głos Pokoju

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, jak to jest być chorym? Jak ludzie znoszą ból? Jak patrzą na swoją słabość i stopniowo przyzwyczajają się do nowej jakości życia? Czy mają prawo do słabości? Kto ich pociesza, gdy ból jest nie do zniesienia? Co lekarze muszą zrobić by uratować jedno ludzkie życie? Jak znoszą to domownicy? Mają czas na modlitwę czy są zbyt zmęczeni z powodu wyczerpania i bólu? Jak człowiek żyje kiedy opuszczą go wszyscy i zostaje mu jedynie Bóg?

NIESPODZIEWANY UPADEK

Miałem okazję żyć pełnią życia. Skończyłem szkołę średnią i zacząłem studiować ekonomię. Egzaminy zdałem w terminie i po licencjacie zacząłem pracować najpierw jako stażysta, a potem jako menager w znanej firmie. Wszystko szło jak trzeba. Nie musiałem się za bardzo starać, bo drzwi same się otwierały. Sukces był gwarantowany, a pieniądze płynęły. Pewnego poranka, wczesną jesienią ruszyłem rowerem do pracy. Deszcz padał, tak że jezdnia stała się śliska. Na dużym skrzyżowaniu samochód nadjeżdżający z przeciwka przejechał na czerwonym, a ja znalazłem się pod jego kołami.

Życie się zatrzymało. Miesiące w śpiączce farmakologicznej, liczne komplikacje i operacje oznaczyły pierwszych sześć miesięcy walki o przeżycie. Z tego okresu nic nie pamiętam. Sprawę poznałem później poprzez rozmowę z personelem medycznym i rodziną, domownicy nic nie mówili.

Po przebudzeniu zrozumiałem, że są tu jacyś inni ludzie. Nie zapomniałem ich, ale moja choroba dodała im lat. Po licznych doskonale przeprowadzonych operacjach nadal żyję, ale zostałem przykuty do łóżka. Jakość życia uległa zmianie, a moja kariera uległa nagłej przemianie. Z odnoszącego sukcesy i mającego perspektywy menagera stałem na chorym na pełny etat.

CZAS AKCEPTACJI

Wraz z walką o moje przeżycie moja rodzina przeżywała dramat. Musieli się nauczyć z tym radzić. Nie było łatwo, choć są osobami wierzącymi przeżywali pokusy i załamania. Zmieniło się ich życie, zwykły rytm dnia otrzymał nowy wymiar. W czasie godzenia z moim stanem pytali o sens życia, umacniali wiarę i ufność, że Bóg ma jakiś plan w tym co się dzieje, choć upadali z bezsilności. W czasie mojego pobytu w szpitalu bardziej głodowali niż byli syci, ale nie dlatego, że nie mieli jedzenia, lecz po jednej nowennie rozpoczynali kolejną nowennę postu i modlitwy. Każda następna była jeszcze bardziej potrzebna niż ta, którą właśnie kończyli. Post ich umacniał, a modlitwa krzepiła kiedy stali bezsilni i niemi przed tajemnicą życia. Choroba innych często nas przestraszy, a cierpienie dziecka zmotywuje do jeszcze większej ofiarności i walki o życie.

Moja diagnoza nie tylko zmieniła rytm mego życia, ale wpłynęła na moją rodzinę. Mama zwolniła się z pracy i przejęła opiekę nade mną. Z urzędniczki z okienka stała się wyspecjalizowaną pielęgniarką, która nauczyła się każdego ruchu mojego ciała. Nauczyła się rozpoznawać ból po wyrazie twarzy, tak samo jak wtedy, gdy byłem dzieckiem. Gdy człowiek jest młody żyje nie zauważając ile posiada, że oddychanie jest normalnym procesem, bieganie po łące zwykłą rutyną. Życie popycha go, by wszystko sprawdzić, przeżyć coś niepowtarzalnego i spróbować wszystkiego co może, nawet jeśli jest to zakazane i szkodliwe. Jeśli jesteś sprawny ruchowo masz duży krąg przyjaciół, znajomych i przypadkowo spotkanych osób. Przyjaciele wykazywali troskę przez pierwsze miesiące i lata, a potem choroba stała się nudna. W moim życiu nie było wiele nowego, a w ich życiu pojawiały się inne troski i problemy, które moje problemy zepchnęły na drugi plan. Nie mam im tego za złe, choć często zadawałem sobie pytanie: dlaczego? Samotność jest trudna, zwłaszcza jeśli nie masz jej z kim podzielić. Ból staje się zwykłym rytmem zmieniającym się w skali od bólu do bólu, aż do niewytrzymania. Ciało przystosowało się do nowego biorytmu, a leki często powodowały skutki uboczne. Mimo tego dalej trzeba było żyć. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie dlaczego lekarze i moja rodzina tak bardzo walczyli o to bym przeżył, a ja zostałem przykuty do łóżka. Nie było ratunku, bo pęknięty krąg naderwał rdzeń kręgowy. Zadawałem sobie pytanie: jak mam przeżyć życie, w którym nie życia? Jak żyć kiedy wszystko się zatrzymało, a trzeba iść dalej? Co w końcu dało mi siłę? Oczywiście Bóg, bo kto by inny – powiedziałaby moja babcia, a i Matka Boża która troskliwie wysłuchiwała moich niewypowiedzianych słów modlitwy.

MOJA BABCIA JEST CUDOWNA

Jak? Po prostu. Babcia w chwilach mojej agonii załączała Radio Mir Međugorje. Siedząc przy moim wezgłowiu, jedną ręką wycierała spluwaczkę, a w drugiej trzymała swój drewniany różaniec. Zanim zaczynała się transmisja nabożeństwa z Medziugorja, wypowiadała głośno, jakby nikogo nie było w pokoju intencję swojej modlitwy. Mówiła: „Synu, nie bój się! Wszystko będzie dobrze. Matka Boża nigdy jeszcze mnie nie zawiodła, gdy się do niej gorliwie modliłam. A teraz nie modlę się tylko słowami, ale duszą i sercem. Nie modlę się o cud uzdrowienia, ale o łaskę zaakceptowania woli Bożej. Proszę Ją o mądrość i siłę, abyśmy zaakceptowali twoją słabość, abyśmy wzrastali w wierze i miłości, aby twój ból i słabość nas nie raniły, ale krzepiły w pokorze i służeniu, aby nas twoje cierpienie połączyło w modlitwie i wdzięczności, aby dzień po dniu mogli sobie pomagać.” A potem modliła się jakby sama była w medziugorskim kościele.

Dni mijały, a mój stan zmieniał się jak wiosenna pogoda, babcia powoli, powoli zaczęła gromadzić domowników na modlitwie różańcowej. Najpierw powiedziała mamie, żeby odpoczęła między 17 a 18:00, a potem zaprosiła siostrę i braci, żeby się do nas przyłączyli. Ojciec dołączył ostatni. Widziałem, że jest mu ciężko. Może nie modlitwa, ale bolała go moja bezsilność. Kiedy byłem zdrowy, często mówiłem, że Msza św. w radio czy telewizji nie na sensu. Denerwowała mnie. Pytałem, kto to ogląda? Czy to ma sens? Nadszedł czas i zmieniłem punkt widzenia. Jestem wdzięczy za cud techniki, który umożliwił, że słowo Ewangelii dociera do wszystkich rodzin, które nie mają możliwości pójść do kościoła na niedzielną Mszę św., do wszystkich szpitali w których jest siła krzepiącego Słowa łaski, do domów, gdzie staruszkowie przygotowują się na spotkanie z Panem, do tych którzy trwają w samotności, zniewoleni, skazani na samotność i czekanie. Szczególnie mnie wzruszyło, ze babcia w niedzielę poświęcała się i nie szła na Mszę św., ale zostawała przy mnie, bo była to chwila gdy tata i mama mają chwilę wytchnienia. Rzadko mieliśmy okazję przystąpić do komunii. Babcia przystępowała do komunii, a mi kreśliła znak krzyża na czole, mówiąc: „Niech cię Bóg strzeże, żebyś jeszcze długo żył.” Dawało mi to siłę, której nie potrafię opisać.

Dziś nie mogę się już niczego wyrzec, ale nauczyłem się swój ból i cierpienie ofiarować Bogu jako cierpienie za tych, którzy mają większe problemy niż ja. Szczególnie modlę się za tych, którzy są młodzi jak ja, ale nie poznali wartości życia, za tych którzy jeszcze nie poznali Boga, aby Duch Święty dotknął ich duszy i zmotywował do spotkania.

Nie mam już możliwości, by wiele zmienić, ale akceptuję to, co otrzymałem. Moja droga z Bogiem była długa. Nie żebym Mu nie zarzucił, że na szczycie kariery posłał mi chorobę, ale że zostawił mnie samego, abym się z Nim spotkał. Walczyłem całymi dniami. Wszyscy mnie denerwowali, choć starałem się to ukryć. Ciężka była dla mnie samotność i bezwzględność przyjaciół. Bolała mnie prawda, że pozostawili mnie wszyscy oprócz moich domowników, choć często nie mogłem ich znieść. Nie mogłem uwierzyć, że babcia stanie się moim najlepszym przyjacielem, że jej prostota i wiara przywrócą mnie przede wszystkim Bogu, a potem i samemu sobie. Jakże niezbadane są drogi Pana! Sami nie jesteście świadomi co nam darowano, a tego nie zauważamy.

W końcu zadaję sobie pytanie, co utraciłem, a czego mi nie brakuje. Dziś wystarczy mi tylko Bóg, delikatna ręka babci, niestrudzenie wycierająca moją spluwaczkę, rodzina która cierpliwie wzrasta i upada przy moim łóżku. Poza tym, jeśli bym mógł, nieustannie bym mówił o cudzie życia, o cudzie akceptacji własnej bezsilności, o cudzie oddania własnej bezsilności w ręce Boże, o cudzie uzdrowienia moich ran, które złożyłem w rany Chrystusa, o cudzie wspólnej modlitwy rodzinnej przy moim łóżku, o cudzie, które nazywa się Radio Mir Međugorje. Modlę się sercem, słysząc jak moja rodzina szepcze. Moją duszą, bo wiem, że Bóg mnie słyszy, choć utraciłem dar mowy.

o. Zvonko Benković OFM

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 14)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry