Świadectwo Janka

Świadectwo wypowiedziane podczas pielgrzymki do Medziugorja w grudniu 2020 roku.

Świadectwo, które płynie z mojego serca i świadectwo, którym chcę pokrzepić serca wszystkich ludzi szukających radości, miłości w Bogu, a czasem trudno im jest ją znaleźć.

Chciałbym opowiedzieć o historii, która się w moim życiu przydarzyła – zostałem obdarzony największym darem mojego życia. To była moja choroba – białaczka limfoblastyczna. W szpitalu powiedzieli, że nie ma dla mnie szans na dalsze życie, bo nie ma już metod, które mogłyby pomóc w leczeniu.

Wszystko zaczęło się mniej więcej 2 lata po wybuchu w Czarnobylu, gdzie pierwsza eksplozja nastąpiła 26 kwietnia 1986 roku, to był dzień moich urodzin (to jest też dla mnie znamienna data). Moja babcia zauważyła, że jestem dość osłabiony. Poszliśmy do szpitala, miałem zostać na parę dni (tak mnie zapewniała moja mama). Okazało się, że spędziłem tam parę lat. Pani profesor, która była na oddziale, przekazała moim rodzicom, jaki jest mój stan – okazało się, że dużo krwinek białych i czerwonych jest uszkodzonych, tracę odporność, jest coraz gorzej. Werdykt: dla Państwa dziecka nie ma ratunku.

Miałem wtedy 7-8 lat. Moi rodzice wiedzieli, że z punktu medycznego nie ma szans na wyzdrowienie, ale nie z punktu duchowego (zostałem wychowany w rodzinie katolickiej, gdzie Bóg był zawsze na pierwszym miejscu). Mój tata dowiedział się od swojej siostry, że gdzieś na Bałkanach objawia się Matka Boża. Dla nas, żyjących wówczas w kraju komunistycznym, taka daleka podróż stanowiła ogromne wyzwanie (pozwolenia, paszporty etc.). Moi rodzice byli jednak na tyle zdeterminowani, że postanowili zaryzykować.

Dostałem tę ostatnią szansę. Byłem wtedy już całkiem pozbawiony sił. Kontaktowałem, mogłem rozmawiać, ale nie miałem sił, aby się ruszać – wszędzie miałem siniaki od nakłuć. Rodzice wsadzili mnie do samochodu, pojechaliśmy do Medziugorja. W podróży rodzice nauczyli mnie modlić się na różańcu – tak, że praktycznie całą drogę z Warszawy do Medziugorja modliliśmy się tą modlitwą. Przyjechaliśmy na miejsce, poszliśmy do kościoła – ojciec cały czas trzymał mnie na rękach – siadałem jedynie tam, gdzie mnie ojciec posadził. W planach była Góra Objawień i Križevac – nie wiedzieliśmy jeszcze, czego można się spodziewać po tych miejscach.

Podjechaliśmy pod górę Križevac, ojciec wyciągnął mnie z samochodu i niosąc mnie na rękach, zaczął iść pod górę. Po przejściu parudziesięciu metrów powiedziałem do taty: „Wiesz co, postaw mnie na nogi, chcę pójść sam”. Rodzice zdębieli. Mama mówiła, że wbiegłem na samą górę!

To był pierwszy znak obecności Matki Bożej. Byłem przecież na noszach śmierci, a tu nagle wstałem i zacząłem chodzić! Z perspektywy czasu widzę, że Križevac to była dla mnie góra krzyża, która wygląda tak, jak nasze życie – nie jest proste, często jest pod górę, wiele razy się okaleczymy, wiele razy upadniemy. Jednak po wejściu na szczyt, przejściu tego krzyża (ale zgodnie z wolą Boża, a nie tak, jak my chcemy) – nasze życie nabiera sensu.

Jest pokój i człowiek czuje, że nie jest sam. Rzeczy, które po ludzku były niemożliwe, stają się namacalne, realne.

Po powrocie do Polski przyjechał profesor z Austrii, z kliniki z Wiednia (Klinika Świętej Anny – nieprzypadkowa nazwa), który oznajmił, że muszę definitywnie wyjechać do Wiednia na przeszczep szpiku kostnego. Powiedział, że są szanse!

Pojawiła się duża nadzieja. A wcześniej była beznadzieja…

Po ludzku wszystko stracone… I właśnie wtedy Matka Boża zaczęła nam klarować dokładnie krok po kroku, co mamy robić.

Pojechałem do Wiednia, gdzie trzykrotnie robiono mi przeszczep. Pierwsze dwa były odrzucone. Kiedy choroba zaatakowała mnie po raz trzeci Profesor Gander z Kliniki Świętej Anny, który mną się zajmował, poprosił rodziców o rozmowę. Poinformował ich, że z medycznego punktu widzenia pozostał mi tydzień życia. Dodał, że jeżeli rodzice są wierzący i chcą skorzystać z ostatniej szansy na wyleczenie to on podejmie się przeszczepu. Bez chwili namysłu zgodzili się. To był piątek, można powiedzieć dzień, w którym umierając rodziłem się do nowego życia. Dawcą była moja siostra Anna.

Po przeszczepie siedziałem pół roku w izolatce. W tym czasie poznałem wiele aniołów, którzy przychodzili do mnie pod postacią różnych ludzi. Ci ludzie okazali mi tyle ciepła i miłości, wlali w serca moich rodziców nadzieję – nadzieję, że to wszystko się uda. W 1989 roku trzeci przeszczep się przyjął – zostałem uzdrowiony!

To było przygotowanie. Po lekarskiej diagnozie moim rodzicom pozostała tak naprawdę tylko modlitwa. Dodam, że w tym czasie wielu ludzi w Polsce modliło się za mnie – ofiarowywało moje życie Matce Bożej.

Nasza rodzina miała też opiekuna duchowego, który był całkowicie zawierzony Maryi i cały czas się za nas modlił. Ta sytuacja pokazała mi, że często potrzebujemy czasu, aby całym sercem zaufać i uwierzyć w obecność Matki Bożej i Pana Jezusa.

Ludzie zastanawiają się – Panie Boże, dlaczego doświadczyłeś mnie taką chorobą, dałeś mi taki ból? Osobiście moją chorobę odbieram jako największy dar mojego życia. Dzięki białaczce odnalazłem prawdziwy sens istnienia. Na własnej skórze zobaczyłem, co to jest cierpienie – i dzięki temu zauważam teraz ból innych ludzi. Matka Boża z Medziugorja otworzyła mi oczy na tych, którzy potrzebują Bożego Miłosierdzia. Myślę, że gdybym nie miał tej choroby, nie doceniałbym obecnie wielu rzeczy. Nie wiedziałbym, po co żyję. Križevac (po chorwacku „krzyż”) to mój sens – przez cierpienie, przez krzyż, który dał nam Pan Bóg, doświadczamy największej miłości. Dostąpiłem największej łaski, jaką na ziemi mogłem otrzymać.

Odwiedzam Medziugorje raz do roku, czasem zdarza się, że jestem dwa razy w roku.

Wszyscy moi znajomi wiedzą, kiedy jadę do Medziugorja – jest wielu ludzi, których zanoszę w moim sercu do Maryi.

Jestem tylko narzędziem w rękach Maryi. Podam przykład. Moja siostra przez wiele lat nie mogła zajść w ciążę. Mówię zatem: „Czas do Medziugorja!”.

Wziąłem sprawy w swoje ręce, wsiadłem w samolot. Po jakimś czasie usłyszałem od siostry, że w momencie, kiedy modliłem się za nią na Križevacu, ona dowiedziała się, że jest w ciąży.

Otrzymałem też ogromną łaskę, bo gdziekolwiek się pojawiam, to zawsze mnie pytają: „Janek, skąd Ty masz tyle energii?”. Jak to skąd? Od Matki Bożej z Medziugoria! Śmiech. To jest największy fenomen mojego życia.

Medziugorje jest miejscem, gdzie (jak Matka Boża sama mówi), Niebo jest otwarte 24 godziny na dobę. Tu doznajecie łask, głównie miłości – takiej, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyliście. Maryja jest fizycznie obecna, Jezus jest obecny!

Jeśli chcecie odnaleźć Boga w swoim sercu i doświadczyć prawdziwego szczęścia, prawdziwej i głębokiej przemiany swojego życia, musicie tu przyjechać!

Życie z Matką Boża jest top!

(Opublikowano w Głosie Pokoju nr 17)

Udostępnij artykuł

error:
Przewiń do góry